Maksimum „folku w folku”, kobiecy growl, niespożyta energia. Sześciu wspaniałych. Tak pokrótce można byłoby określić Merkfolk, młody zespół z Lublina i Międzyrzeca Podlaskiego. Niedawno światło dzienne ujrzała ich debiutancka płyta The folk bringer, wydana przez wytwórnię Art of the Night Productions. Czy łaknący mocnych wrażeń folkmetalowiec powinien po nią sięgnąć? Zobaczmy.

merkfolk1

Kobiecy growl ma zapewne tylu samo zwolenników, ilu przeciwników. Seksizm, również muzyczny, od zawsze był mi daleki, zatem z chęcią zabieram się do przesłuchania płyty. Na pierwszy ogień idzie Intro. Słyszałam już wiele „introdukcji”, lecz na taką jak dotąd się nie natknęłam. Brzmi ciekawie, moje pierwsze skojarzenie to batalistyczne sceny rodem z The Vikings. Wstęp krótki, ale wyrazisty.

Nananana. Niezwykle smakowity akordeon. Wprawdzie od czasów Marcina Wyrostka mało kto chyba uzna ten instrument za „uliczniaka”, dzierżonego zazwyczaj w dłoniach sędziwych grajków, wciąż jednak nie jest on jeszcze tak popularny w folk metalu jak choćby flet. Dobrze, że tu odnalazł swoje miejsce. Co tu jeszcze mamy? Energiczny growl, gdzieniegdzie przechodzący w scream i szczypta męskich okrzyków. Jest moc. Smaczków dodaje fantastyczny break w okolicach 2.37.

Idźmy więc dalej. Wiła. Proszę, okazuje się, że nie tylko growl odnajdziemy na tej płycie. Całkiem sympatyczna fraza melodyjnego śpiewu na samym początku. Pod koniec utworu znów się pojawia, uważam jednak, że mogłaby być trochę głośniejsza, bardziej wyeksponowana. Numer okraszony jest rozbudowaną, wcale niełatwą technicznie solówką akordeonu.

O, coś znajomego. Topielica, utwór, do którego został stworzony teledysk. Jeden z moich ulubionych numerów na płycie, szczególnie podoba mi się moment „wyciszenia” i narastające „zakryje mgła”.

11910752_925201274212264_706383626_n

I teraz coś po angielsku, Song of the possessed. Oho! Wprowadzona w sielski nastrój za sprawą kojarzącej mi się z góralską muzyką partii skrzypiec, czekam na melodyjną, przyjemną, skoczną piosenkę. Nawet mroczny tekst i okrzyki na początku mnie nie przerażają. A tutaj takie uderzenie, czuję się wręcz oszukana! Ale nie cierpię z tego powodu, absolutnie. Numer zróżnicowany rytmicznie, rozbudowany, myślę jednak, że do pogo się nada. Utwór nie do końca w moim klimacie, ale z pewnością trafi na swoich fanów.

Instrumental. Ten Wasz piekielny akordeon, nogi przy nim miękną. Ale i skrzypiec coraz więcej, ładna harmonia. Bardzo dobrze, że pomyśleliście o „spowalniaczu”, czymś, co wprowadzi słuchacza w chwilową zadumę pomiędzy dwoma energetycznymi utworami. Bo Weselisko potrafi doładować. Już dość o akordeonie, jaki jest, każdy słyszy; z każdym kolejnym numerem jednak coraz bardziej do przodu wysuwają się skrzypce – i bardzo dobrze, bo grać na skrzypcach to jedno, a grać tak, żeby brzmiały folkowo – drugie. Sprawnie technicznie, klimatycznie, gustowne ozdobniki, wszystko jest na swoim miejscu.

Meadows and Fields. Przydałaby się cięższa perkusja pod koniec, wyobrażałabym sobie tu też nieco inne brzmienie gitary, nieco mniej „garażowe”. Ten utwór mojego serca nie podbił, choć uroku nie można mu odmówić.

Ale już kolejny tak. Trust wraz zWeseliskiem i Topielicą to dla mnie absoulutny „top”. Melodyjny śpiew w połączeniu z growlem, zrytmizowanie takie, że aż chce się headbangować, skrzypce tym razem nieco bardziej klasyczne, mamy tu bardzo soczyste vibrato. Smaczków dodaje męska deklamacja. Brawo.

Nie przestajecie zaskakiwać. Wyczekuję w napięciu blastów, podwójnej stopy, ostrych riffów, a tu niezwykle subtelna (może pod koniec odrobinę mniej), sielska ballada – Merkfolk. Duży plus za klimat, który przenosi mnie wprost do irlandzkiego pubu, w którym przy akompaniamencie bardów można uraczyć się złocistym trunkiem. Ten utwór przywodzi mi na myśl zespoły takie jak Beltaine czy Carrantuohill i obiecuję sobie, że kiedy przesłucham Waszą płytę, na następny ogień pójdzie Gdy wrócę do Irlandii swej.

Ale na moment kończymy te wojaże i wracamy do Polski, bo Śwagry to skoczna, ludowa śpiewka. W tekście roi się od Jasiów, Maćków, Marysieniek, mamy więc do czynienia z estetyką typową dla romantycznej poezji inspirowanej ludową kulturą. Co jakiś czas zerkam jednym okiem na teksty, podobają mi się, są poetyckie, delikatne, „ulotne”. Czuję w nich ducha poetów nie tylko romantycznych, ale również twórców pokroju Harasymowicza.

Wingstone… Niepokojąca, poruszająca końcówka, sam utwór – choć dobry i bardzo „gęsty” pod względem kompozycyjnym, nie do końca w moim guście. Postrzyżyny… Uch, cóż za skrzypce na początku. I te solówki w drugiej części utworu… Właściwie – sądząc po tytule – spodziewałam się czegoś wesołego, a ten utwór jest przejmujący, pełen dramaturgii. Jako że należę do muzycznych masochistów, kupuję w całości, numer wywołuje przyjemny ból w środku, pewną melancholię. Podoba mi się też melodyjna partia wokalna na końcu, choć uważam, że pod względem produkcyjnym owe momenty powinny być bardziej wyeksponowane (nie tyczy się to growlu).

Czternasty utwór?! Szybko to minęło, aż żałuję. Z uwagą wsłuchuję się w Outro, które jest zwieńczeniem Waszej pracy. Cudowne, niepokojące, magiczne skrzypce. Bardzo dużo smutku czuję w tym numerze… może jakiejś tęsknoty…? Reasumując…

Zapewne każdy z nas doskonale kojarzy stary polski film Poszukiwany, poszukiwana i scenę, kiedy jeden z „adoratorów” Marysi wypowiada się na temat ilości „cukru w cukrze”; niełatwo wyrównać jest proporcje w muzyce, czasami okazuje się, że utwór, który w założeniu miał być folkmetalowy, jest zdecydowanie za bardzo metalowy… Merkfolk to 100% folku w folku, i to nie tylko folku przywodzącego na myśl słowiańską obrzędowość (którą zespół wyraźnie się inspiruje), ale także tego, który jednoznacznie kojarzy się z krainą św. Patryka, a to wszystko okraszone sporą dawką metalu i rocka. Jest to grupa, która na pewno wyróżnia się na scenie folkmetalowej, a debiut należy uznać za jak najbardziej udany. Jeżeli dodać do tego, że bardzo dobrze wypadają na scenie (a miałam okazję ich widzieć!), są spójni wizerunkowo i charyzmatyczni, to można z pewnością stwierdzić, że mamy do czynienia ze zgraną, zdolną formacją, która jeszcze nieźle może namieszać na arenie folkmetalowej, bo potencjał ma ogromny, a The folk bringer to bardzo dobry krążek, który warto mieć na półce.