Frosttide to fiński zespół, który dwa lata temu z przytupem wkroczył na scenę folkmetalową. Wydany wówczas album Awakening zachwycił wielu oryginalnością i polotem, jaki zarysował się w twórczości młodych muzyków. Krążek zdobył również moje serce, zgarniając przy tym pozytywną recenzję oraz zajmując jedno z lepszych miejsc w cierpliwie budowanej przeze mnie płytotece. Pod koniec lutego światło dzienne ujrzy jego młodszy/starszy brat – Blood Oath.

Koncept Album

Dlaczego „młodszy/starszy brat”? Blood Oath, czyli drugi krążek Finów, jest – podobnie jak Awakeningalbumem koncepcyjnym. Co ciekawe, koncept pozostaje dokładnie ten sam, a zmianie ulega wyłącznie czas akcji: wydawnictwo to będzie opowiadać o wcześniejszych losach bohaterów (stąd „starszy”). Na zamknięcie albumu dostaliśmy utwór napisany na potrzeby Awakening, z którym muzycy postanowili jednak zaczekać, by stanowił płynne przejście pomiędzy jesiennym Blood Oath a jego zimowym bratem.

1662259_719991511367321_1510072923_n

Klimatyczny początek

Pamiętacie Winter’s Call? Ten krążek również ma dla nas klimatyczne intro w stylu filmowym, tym razem o nieco mniej wyszukanym tytule – Prologue. Kompozycja dość efektowna i robi wrażenie przy odsłuchu 3D. Jest rytmiczna, a rolę wprowadzenia do albumu spełnia bez zarzutu. Brak tu jednak wspaniałej głębi, jakiej doświadczam, słuchając Winter’s Call. Przypomnę moje słowa z poprzedniej recenzji: „Bardzo mocnym punktem albumu jest intro, które namówiło mnie do wyruszenia w drogę wraz ze wspomnianymi wojownikami”. Tym razem jestem z pewnością zainteresowany, ale do podjęcia decyzji jeszcze długa droga.

Czym zaskakuje (lub nie) Frosttide

Bezpośrednio po otwarciu ponownie trafiamy na utwór tytułowy. Kawałek jest naprawdę epicki i nie brakuje mu majestatycznego charakteru. Obok ostrych brzmień doświadczymy tu też przyjemnej lekkości, która została umiejętnie wbudowana w całość Blood Oath. Utwór cechuje się bardzo dobrym riffem oraz fantastyczną pracą keyboardu, co jest z resztą typowe dla Frosttide. Panowie z Jyväskylä naprawdę znają się na efektownych aranżach instrumentów klawiszowych.

 

Gates Of The Asylum to kawałek rozbudowany, złożony i nieco progresywny. Zaczyna się agresywnie. Później dostajemy ciekawy, tajemniczy fragment. Dalej przeplatają się chóralne śpiewy ze wspaniałym refrenem, który trudno wyrzucić z głowy. Całości dopełniają dwie zupełnie różne solówki (pierwsza jest klimatyczna, druga zaś – energiczna), przedzielone nastrojowym momentem zadumy.

Fate Redefined to taki typowy „hiciak”, który w domyśle ma najłatwiej trafić do słuchaczy, stąd nie dziwi mnie ani trochę, że właśnie ten utwór wybrany został na singla. Kawałek dobry, ale… Quest For Glory nigdy nie przebije. W tej kompozycji gdzieś zagubiło się to, za co cenię Frosttide, czyli oryginalność. Powiem szczerze: numer brzmi bardziej jak Ensiferum. Mimo wszystko jest to dobry kawałek.

Traitor Within – fajny, szybki utwór, który trudno scharakteryzować. Nie potrafię wyrazić dlaczego, ale podoba mi się i z pewnością zachęca, bym powracał do Blood Oath regularnie. Foreshadow to odpowiednik Dawn Of Despair z poprzedniego albumu. Obie te kompozycje robią na mnie wielkie wrażenie. Lecz i tu w głowie kłębią się identyczne myśli, jak przy Prologue (patrz wyżej). Track ten ma jednak pewną przewagę nad swoim bratem z Awakening: jeszcze lepiej komponuje się z utworem, który wprowadza.

New Reign jest dojrzałe i niemożliwie złożone. Piosenka pełna fragmentów ostrych, lekkich, szybkich, wolnych, bezpośrednich, tajemniczych, melodyjnych, rytmicznych, dobrych riffów i… dość nieudanych wokali zbiorowych. O ile na całym albumie ich praca daje zadowalający efekt, tutaj coś nie wyszło, a przynajmniej mi tak się wydaje. To, co najlepsze, startuje od około ósmej minuty. Mamy tam dość tajemniczy, jakby mglisty fragment, wciągający nas w zadumę. Następnie przeradza się to w szybki i rytmiczny motyw, który, dzięki swojemu iście bitewnemu charakterowi, stanowi wspaniałą zapowiedź Awakening.

10404157_875360362497101_7876483234566829240_n

Na koniec wysłuchać możemy Winds Of Winter’s Call, w którym wracają piękne wspomnienia albumu Awakening (utwór zawiera kilka melodii, które tam usłyszeliśmy). Piosenka doskonale łączy oba krążki pod każdym względem. Kompozycja sama w sobie jest fantastyczna, bo uosabia wiele cech Frosttide. Magiczna atmosfera, energiczna perkusja, płynne przejścia od fragmentów lekkich do ciężkich, bajeczna melodyjność i – przede wszystkim – oryginalność. Ostatnie chwile albumu Blood Oath odczuwam jako moment pożegnania wojowników z rodzinami i spojrzenia na wioskę tuż przed wyruszeniem na bitwę opisaną na Awakening.

Ocena końcowa

Cały zespół zaangażował się wokalnie w nagrania, bowiem każdego z członków usłyszeć można w bardzo licznych okrzykach i chóralnych śpiewach. Gościnnie głosu użyczyła również Nora Niemispelto.
Zespół otwarcie twierdzi, że chciał tym dziełem potwierdzić swą jakość wobec wszystkich, którzy wątpili w powtórzenie sukcesu, jaki odniósł debiutancki krążek. „Są lepsze kompozycje i aranże. […] Poszliśmy o krok naprzód! Będzie agresywnie, ciężko, melodyjnie, bombastycznie, z głęboką i piękną atmosferą”. Czy to się udało? Odpowiedź zależy od przyjętego kryterium. Album jest na pewno cięższy, dojrzalszy, a melodyjnością nie ustępuje poprzedniemu. Aranże chyba faktycznie zrobiły malutki kroczek naprzód (oczywiście, trudno spodziewać się wielkiego kroku, skoro już w debiucie osiągnięto niemal poziom mistrzostwa). Znajdziemy tu wiele wspaniałych momentów, za które album da się lubić. Czegoś jednak brakuje… Mam wrażenie, że w całym tym wysiłku zespół nieco zdusił lekkość odbioru albumu. Przez to nie znajdziemy tu piosenek, które wbiją się nam w mózg na tyle skutecznie, że nie będziemy w stanie przestać ich nucić. Co do samego dźwięku, instrumenty są zdecydowanie lepiej nagrane i zmasterowane, bo barwa muzyczna jest przyjemniejsza niż na Awakening. Wydaje mi się jednak, że miksowanie poszło nieco słabiej. Choć wszystko jest wyraźne i klarowne, brakuje w tym wszystkim trochę szerszego spektrum. Muzyka nie sprawia już wrażenia trójwymiarowej głębi tak skutecznie, jak poprzednio. Mimo to album jest tak dobry, że trzeba go docenić. Frosttide powtórzył sukces debiutanckiego krążka. Gdybym miał ocenić oba albumy grupy jako jedną całość, nota łączna wyniosłaby pewnie około 9. Recenzja dotyczy jednak tylko tego nowego. Wypadkowa drobnych odchyleń pomiędzy elementami rozwiniętymi i tymi, które wypadły nieco słabiej niż poprzednio, sugeruje mi, bym wystawił Blood Oath identyczną notę, jaką otrzymało ode mnie Awakening. I tak właśnie będzie.