W tym roku następuje szwedzka inwazja, jeśli chodzi o muzykę viking i folkmetalową. Drugim, i nie ostatnim tego przykładem po Amon Amarth, jest szwedzki zespół Grimner. Jego najnowsza płyta zatytułowana Frost Mot Eld , wydana 26 marca, dostarczyła mi wielu wrażeń, z którymi bardzo chętnie się z Wami podzielę.

Album od samego początku prezentuje bardzo dobry poziom, poczynając od patetycznego wstępu, w którym słychać instrumenty dęte, klawisze, delikatne gitary oraz flet. Zespół śmiało mógł go umieścić w osobnej kompozycji będącej wtedy samym intrem, lecz poszedł krok dalej i „ulokował” ów wstęp w pierwszym utworze  Res Er Mina Söner.

Jeśli chodzi o kwestie muzyczne, płyta jest podzielona na dwie części. Ucieszą się miłośnicy instrumentów dętych – sporo tu melodyjnego fletu. Na uwagę zasługuje też zróżnicowana perkusja: breaki, crashe czy blasty. Klawiszowiec natomiast, dokładnie Kristoffer Kullberg, wykonał swoją pracę tak dobrze, iż w trzeciej piosence słychać klawesyn, a w  Eldhjärta  oraz  Nordmännens Raseri nawet tamburyno. Efekt akordeonu (co za człowiek) w Midgård Brenner potęguje wrażenie, iż mamy do czynienia z częścią bardziej melodyjną płyty. Po za tym wokale, czyli scream oraz czysty śpiew Markusa i Teda, upewniają mnie w moich odczuciach.

Natomiast już od Vargarnas Tid rozpoczyna się ta „mroczniejsza” oraz muzycznie cięższa część płyty, opatrzona znowu krótkim muzycznym wstępem, czyli klawesynem oraz instrumentami dętymi, fletem, ale zakończonym wyciem wilka. Skąpe partie fletu oraz dudy w dwóch kompozycjach (Vargarnas Tid  oraz ostatniej tytułowej Frost Mot Eld) dostarczają mocnych wrażeń i ubogacają ten album. Agresywniejsza jest też perkusja,  intensywniejsze blasty w Vargarnas Tid i Muspelheims Härskare to potwierdzają, w tej samej kompozycji, jest też wykonany wstęp na bębnie basowym. Cięższe riffy gitarowe, nie tylko thrashowe (Mörkrets Hem oraz Etter Och Flammor ), ale też miejscami deathowe, dokładnie w Muspelheims Härskare, dają mi pewność, że jest to faktycznie też ta ,,cięższa” część. Pojawia się też jedyna solówka gitarowa na tej płycie,  też w Muspelheims Härskare. Znowu także pojawia się mandola. Tym razem w piosenkach: Vargarnas Tid oraz  przed ostatniej Muspelheims Härskare. Co ciekawe, spowolnienia występują tylko w utworach otwierających jedną drugą część albumu, czyli Res Er Mina Söner i  Vargarnas Tid. Nie wierzę, że był to przypadek, podejrzewam, że to raczej zaplanowany efekt. Co do ostatniej kompozycji, czyli Frost Mot Eld – słowa uznania za fragmenty „deklamacyjne”. Istny majstersztyk!

Wokale same w sobie są jak dla mnie bez zarzutu. Dykcja, zgranie screamu i czystego śpiewu dają pożądany efekt, choć zdecydowanie bardziej podoba mi się czysty wokal; wielki szacunek jednak dla obu wokalistów, czyli Teda Sijulmarka oraz Markusa Asplund Brattnerga . Podobnie zresztą sprawa ma się w przypadku osoby odpowiedzialnej za instrumenty folkowe, czyli m.in. flet i dudy, czyli Johana Rydberga

Przechodząc do kwestii tekstów ma płycie – liryki utworów opowiadają historie walk, przedstawiają ogrom zniszczeń mitologicznych światów, a także następstwa wszelkich zdrad, spełnianie się wizji Norn, czy bohaterską śmierć wojowników. Pierwszy utwór nawołuje do walki (Res er mina söner), które mają się rozegrać pomiędzy bogami a olbrzymami. Enhärjarkväde opowiada historię stęsknionych wojów, oczekujących wyjścia z Valhalli przez jej słynne złote bramy, aby po raz ostatni stoczyć walkę. W piątym utworze płomienie Muspelheimu pochłaniają Midgard i Asgard; kolejny utwór wręcz mrozi krew w żyłach, gdy mowa o trzyletniej Zimie Fimbul, a Skol pożera Słońce i Księżyc. Wsłuchując się w następne utwory, przemierzamy zimne królestwo Hel, aby znów przejść do mitologicznych historii o kolejnych zmaganiach z olbrzymami, bohaterskiej śmierci oraz spustoszeniu ziemi. Korzystając z okazji, chciałbym bardzo podziękować za pomoc w kwestii interpretacji tekstów mojej koleżance Katarzynie Targosz.

Zarówno walory muzyczne, jak i liryczne sprawiają, że jest to jeden z lepszych albumów szwedzkich, jakie dane mi było przesłuchać. Mam też cichą nadzieję, iż Grimner odwiedzi nasz kraj i będzie mi dane – jeśli nie wszystkich, to chociaż kilka – usłyszeć na żywo.

9/10