Korpiklaani w towarzystwie Skálmölda zagrali ostatnio cztery koncerty w Polsce. We wtorek 25 października wybrałam się do stołecznej Proximy, by wziąć udział w jednym z nich.

Zainteresowanie wydarzeniem było dość duże – sama czekałam w kolejce przed drzwiami klubu dobre 15 minut. Po wejściu na salę można by bez wysiłku zliczyć z pół tysiąca osób, a i tak był to sam początek wieczoru. Proxima „anatomicznie” jest dobrze zorganizowana: dużo miejsca pod sceną, kawałek dalej nieco wyższy parkiet dla bardziej pasywnych słuchaczy czy fotografów. Z boku barek, przy barku przygotowane stoisko z merchem zespołów. Wizualnie prezentowało się to całkiem nieźle – jak jednak zagrały grupy muzyczne?

Zgodnie z rozpiską o 19:30 na scenę wkroczyła islandzka formacja. Nie byłam pewna, czego się spodziewać, ponieważ na nagraniach ich muzyka średnio przypadła mi do gustu. Skálmöld na szczęście należy do tych kapel, które brzmią lepiej na żywo. Byłam pozytywnie zaskoczona, gdy zaczęli występ – dało się usłyszeć ciężar ich muzyki, wikińską siłę płynącą z granymi nutami. Wokal mocno uderzał, złożone gitarowe solówki i rytmiczna perkusja zmuszała do ruszania się. Sama gra nie była jednorodna – w niektórych partiach momentami czuć było nutę power metalu, czasami wydobywane dźwięki kojarzyły mi się też z farerskim Týrem. Zespół został przyjęty z dużym zainteresowaniem i entuzjazmem publiki, słuchacze z chęcią uczestniczyli w pogo, tworzyli ścianki. Skálmöld zamknął swój set jednym z pierwszych kawałków, Kvaðning, który, muszę przyznać, przez parę następnych dni z głośników u mnie nie schodził. Islandczycy dali z siebie wszystko i świetnie spisali się jako support. Szkoda tylko, że nagłośnienie pozostawiało wiele do życzenia – wokal często zagłuszał partie instrumentalne, a klawiszy nie dało się usłyszeć. Wprawdzie psuło to nieco klimat utworów, ale i tak uważam że grupa wypadła zdecydowanie na plus.

  1. Intro
  2. Múspellsheimur
  3. Gleipnir
  4. Með drekum
  5. Að hausti
  6. Narfi
  7. Útgarður
  8. Niðavellir
  9. Miðgarðsormur
  10. Að Vetri
  11. Kvaðning

Po krótkiej przerwie i rozstawieniu sprzętu na scenę weszli Korpiklaani. Swój występ otworzyli Viinamäen Mies, pierwszym kawałkiem z ostatniej płyty. Muzycy nawet nie musieli zachęcać fanów do ruchu, bo już od pierwszej nuty deski klubu trzęsły się od ich ekstatycznych tańców. Sympatycy folk metalu nie unikali też śpiewu, chętnie wspomagając Jonne wokalnie przy Lempo czy Rauta. Zespół śmiało i profesjonalnie prowadził występ, ale nie przeszkadzało to w odczuciu przez fanów bliskości z muzykami. Widać, że członkowie leśnego klanu potrafią budować emocje u słuchaczy. Nie było miejsca na nudę czy nawet rozmowy między piosenkami, bo płynnie przechodzili z jednego utworu do drugiego. Blisko półtoragodzinny set mocno opierał się na najnowszych dokonaniach formacji, niemniej jednak zmieściło się na nim również kilka utworów ze starszych płyt. Największe przeboje Finowie zostawili na sam koniec. Trzeba przyznać, że oryginalne wykonanie Vodki bije na łeb wszelkie covery zasłyszane na mniejszych koncertach. Przybyli na występ dostali to, czego można było od Korpiklaani oczekiwać: porządną dawkę folkowej zabawy. Muzycy mają ogromny zapas energii i nie szczędzą w okazywaniu go. Widać, że robią to, co lubią, a granie sprawia im nie lada przyjemność. To się ceni, zwłaszcza u zespołów z dłuższym stażem. Nie mam wątpliwości, że pójdę na ich kolejne koncerty. Całe szczęście, że Finowie lubią wracać do Polski!

  1. Viinamäen Mies
  2. Juodaan Viinaa
  3. Pilli On Pajusta Tehty
  4. Tuonelan Tuvilla
  5. Lempo
  6. Erämaan Ärjyt
  7. Ruumiinmultaa
  8. Petoeläimen Kuola
  9. Sumussa Hämärän Aamun
  10. Vaarinpolkka
  11. Metsämies
  12. Rauta
  13. Kipumylly
  14. Lonkkaluut
  15. Kultanainen
  16. Minä Näin Vedessä Neidon
  17. Ämmänhauta
  18. Sahti
  19. Uni
  20. Kylästä Keväinen Kehto
  21. Wooden Pints
  22. Vodka
  23. Beer Beer