A więc stało się! Ukazał się długo wyczekiwany, dziesiąty album grupy, która wszystkim miłośnikom viking metalu jest doskonale znana – mowa tu o szwedzkim Amon Amarth. Krążek zatytułowany Jomsviking miał swoją premierę 25 marca. Oto kilka uwag na jego temat, z którymi bardzo chętnie się z Wami podzielę.

Osobiście od samego początku byłem nieco sceptycznie nastawiony do tej płyty – może to przez pierwszy singiel, który został wypuszczony przez zespół…? A może to kwestia zwykłego przeczucia, że nie będzie to płyta szczególnie odkrywcza? Tak czy owak – przeczucie to się sprawdziło… ale, na szczęście dla mnie oraz Amon Amarth, nie do końca.

Sam album brzmi całkiem dobrze, lecz – pomimo iż bym tego chciał – nie genialnie. Nienaganna jakość brzmienia instrumentów, wyrazistość wokalu Johana Hagga – to wszystko zostało zachowane; niemniej jednak, jeśli chodzi o perkusję czy gitary, większość utworów (oprócz pewnych wyjątków, o których za chwilę), brzmi zupełnie jak poprzednia płyta Szwedów, a mianowicie Deceiver of the Gods ( nie jest jednak aż tak spójna).

Tak czy inaczej, nie brakuje elementów nowych, przyciągających uwagę – jak choćby deklamacje wokalisty, pojawiające się w First Kill , Wanderer oraz At Dawn’s First Light. Na atencję zasługuję też bardzo chwytliwe trashowe riffy gitarowe, które słychać w Wanderer, On A Sea of BloodRaise Tours Horns oraz w Vengeance is my Name.  Niezłe są również partie basu, który został mocno wyeksponowany w  At Downs First Laight Raise Your Horns oraz  One Thousand Burning Arrows. Jeśli chodzi o solówki, moim zdaniem tylko ta zaprezentowana w  On the Sea of Blood  wypadła interesująco. Wyjątkowym numerem – m.in. ze względu na jego biesiadny charakter – okazał się dla mnie  Raise Your Horns. Na uznanie zasługuje również klimatyczne instrumentarium w The Way of Vikings. Na albumie jednak pojawił się pewien zgrzyt; mam tu na myśli piosenkę A Dream That Cannot Be z gościnnym udziałem Doro Pesch. Jej wybór jako heavymetalowej wokalistki okazał się, moim zdaniem, nietrafiony… delikatnie mówiąc. Nie zmienia to jednak faktu, że „powiew świeżości” jest czasami potrzebny – jeśli Amoni pozwolą się mu ponieść, następny ich album może okazać się bardzo ciekawy.

Co do przekazu lirycznego –  jest to pierwszy w historii tego zespołu krążek koncepcyjny. Szkoda tylko, że znowu –  przewidywalnie – wszystkie teksty z płyty są anglojęzyczne.  Ze świecą szukać utworu po szwedzku. Z tej racji oszczędzę sobie tym razem rozwodzenia się nad poszczególnymi numerami, choć sam fakt spójności lirycznej płyty to duży plus.

8/10