Przychodzi baba do lekarza, a lekarz folkmetalowiec. I cóż tu począć, gdy okazuje się, że również medycy cierpią na nieuleczalną chorobę? Baba chciała poszerzyć horyzonty, w przeglądarce wpisała hasło „folk metal” – i trafiła na „Vodkę”, a jako że od alkoholu nigdy nie stroniła, podkręciła głośniki…

I masz, babo, placek na zagrychę. Kiedy pierwszy raz skosztujesz czystej, zazwyczaj Twój organizm nie reaguje na nią zbyt dobrze, w związku z czym znajomi proponują Ci popitkę bądź zza pazuchy wyciągają ogórki babci. Kubki smakowe zdecydowanie bardziej ukontentowane, nieprawdaż? Podobnie jest z metalem. Takim czystym (jeżeli w ogóle takowy istnieje) – bierzesz tłuczek i robisz sieczkę, a matka zamyka Ci drzwi do pokoju. Nie każdy jest w stanie go strawić. Ale można odrobinę dosolić. Doprawić go dźwiękiem skrzypiec, esencją z liry korbowej, a na posypkę whistle. Aha, przed podaniem okrasić ludowymi zaśpiewami. „Czego?”, mruczysz zirytowany na widok młodszego brata wchodzącego do Twojego (powtarzam: Twojego!) pokoju. „A co to leci?”, pada pytanie. Może będą z niego ludzie.

Tak się składa, że nie mam ani brata, ani siostry, ale przypuszczam, że jestem w mniejszości (a poza tym – sami wiecie, funkcja fatyczna tekstu i tego typu sprawy); należy jednak nadmienić, że jednym z moich współlokatorów jest york, który ma i słuch absolutny, i niezły gust muzyczny. Ilekroć włączam Eluveitie, momentalnie zjawia się w pokoju, lokuje się wygodnie na kanapie – i już jej nie opuszcza. Cholera, rozprasza mnie, a chwilowo muszę się skupić, czas zmodyfikować playlistę…

Teraz tak na poważnie. Cóż to za epidemia, która dziesiątkuje (całkiem liczne) grono amatorów cięższych brzmień? W czym tkwi ów przysłowiowy diabeł, że jedna kropla Korpiklaani niejednokrotnie wywołuje prawdziwe tsunami…? Być może, drogi Czytelniku, jesteś jedną z tych osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z folk metalem. Czy kiedykolwiek spróbowałeś ugryźć tę kwestię z perspektywy filozofa? Dlaczego akurat folk metal? I dlaczego – choć w środowisku glanowców i headbangowców folk metal przestaje być niszą – na szerszą skalę ten genialny gatunek wciąż nie jest tak doceniany, jak na to zasługuje? Nie pozostawaj bierny, przeprowadź eksperyment. Twoi koledzy ze szkoły, z uczelni czy z pracy zapewne bez problemu wymienią co najmniej kilkunastu wykonawców grających pop czy rock. Zapytaj o folk metal.

Moim celem nie jest nakłanianie innych do porzucenia swoich dotychczasowych muzycznych przyzwyczajeń, ale raczej zaproszenie do przekroczenia furtki, która być może dotąd była zamknięta. Miłośnicy folku sensu stricto nie szturmowali jej, przerażeni, że podwójna stopa i ostre riffy obrócą wniwecz ich błony bębenkowe, z kolei przyzwyczajeni do szturmowania pieszczochami bramek metalowcy chętniej unicestwią dziesięć czarnych kotów, niż narażą się na oddziaływanie folkowych brzmień, przywodzących im na myśl Zespół Pieśni i Tańca „Mazowsze” (który osobiście bardzo sobie cenię).

Łatwo jest narzekać na zalewającą nas z wszystkich stron falę kiczu, na której radośnie pomykają sobie przelotne miłostki, „problemy” z cnotą i inne trywialne teksty. Łatwo też poddawać się im mimowolnie, nasiąkając rozrastającą się jak uporczywy chwast tandetą. Jeszcze łatwiej jest ulegać stereotypom, które powodują, że przy ostrzejszych brzmieniach rzekomo zaczyna nas boleć głowa, a folk metalu unikamy jak ognia. Polecam brać przykład z yorka.

A ja odpowiem, nieco przekornie, że wcale nie jest to łatwa muzyka – i nikt od niej tej „łatwości” nie wymaga. Niełatwo jest bowiem jednocześnie napawać się surowym klimatem norweskich fiordów, drżeć pod wpływem chłodu bijącego z Morza Północnego, zgłębiać tajemnice bezkresnych tatrzańskich szczytów i grzać dłonie przy ogniu rozgrzewającym niegdyś dumne serca naszych dziadów. Tego wszystkiego możesz doświadczyć, wsłuchując się – podług Twojego gustu – czy to w rozbrzmiewające niespożytą energią epickie utwory, czy też w melancholijne ballady, przywodzące na myśl pieśni średniowiecznych bardów. Być może wszedłeś na tę stronę przypadkowo. Ale – jak powiadają – nie istnieją przypadki, zresztą sama w nie nie wierzę.

Nie lubiłeś historii w szkole? Cóż, podręcznikowa historia zazwyczaj zaczyna się od roku 966. A gdyby tak sięgnąć dalej? Któż może być lepszym nauczycielem niż wypływająca z serca muzyka? Autentyczne brzmienia, warstwa liryczna, która niejednokrotnie opiera się na przywołaniu zamierzchłych bojów, przedchrześcijańskich bóstw, rodzimej kultury…? Słyszałeś kiedykolwiek o instrumentach takich jak szałamaja czy fidel płocka? Wciąż nie jest za późno.

Kimkolwiek jesteś, Czytelniku – a być może należysz jeszcze do grona folkmetalowych żółtodziobów – warto przekroczyć tę furtkę, by zanurzyć się w nieskończonym oceanie możliwości. Łatwo się zarazić.

Warto się zarazić.

  • chuj

    Dostałem raka.