Cruadalach?

Na początku recenzji powinienem nadmienić, że fanem zespołu nie jestem. Kilka razy podchodziłem do poprzednich albumów Czechów, za każdym razem jednak nie udawało im się mnie do siebie przekonać. Zwłaszcza od strony metalowej muzyka Cruadalach wydawała mi się niedopracowana, miejscami chaotyczna, często zaskakująca nietypowymi aranżacjami, lecz niestety częściej negatywnie niż pozytywnie. Dużo lepiej wypadała strona folkowa, będąca jakby bardziej autentyczną. Odnosiło się wrażenie, że w graniu folku muzycy czują się po prostu naturalniej niż w graniu metalu.

Kiedy zasiadałem do najnowszej płyty Rebel Against Me (udostępnionej naszej redakcji przedpremierowo), gdzieś z tyłu głowy siedziała mi myśl „A może jednak, po ponad trzech latach przerwy wydawniczej (od 2011), zespół dojrzał, może uda im się mnie pozytywnie zaskoczyć?”. I tak, z mieszanką obaw i nadziei odpaliłem pierwszy utwór – Revolt without a Name.

Co nowego?

Od pierwszych dźwięków stało się dla mnie jasne, że zespół dokonał dużego skoku jakościowego. Uderzająco poprawiło się brzmienie instrumentów metalowych. Również wokal okazał się być dużo bardziej przystępny dzięki lepszej produkcji, chociaż – ze względu na specyficzną barwę głosu wokalisty – wciąż nie każdemu się spodoba.

Jest to pewnie wynikiem naturalnego rozwoju kapeli, że utwory zyskały bardziej przejrzystą strukturę. Wszystko wydaje się być na swoim miejscu, nie jesteśmy już co chwila zaskakiwani nagłymi motywami zupełnie niepowiązanymi z resztą numeru. Muzycy zaczęli najprawdopodobniej rozumieć, że mniej znaczy więcej, zasadę, o której często młode zespoły zdają się nie pamiętać, a która nie przydaje się chyba tylko w graniu metalu progresywnego.

W utworze Stuff That Matters, chyba najjaśniejszym punkcie płyty, urzeka zupełnie nowa jakość w porównaniu z poprzednimi wydawnictwami – oprócz skocznych, chwytliwych melodii granych głównie przez skrzypce i instrumenty dęte, dobre wrażenie robią męskie wokale. W tym numerze wokalista śpiewa w niskich rejestrach, dodaje to głębi, od razu kojarzącej się z bardzo charakterystycznymi wokalami zespołu Moonspell.

Warto przyjrzeć się tekstom a także oprawie graficznej. Oba te aspekty wskazują, że zespół zaczął widzieć siebie w pierwszej kolejności jako zespół metalowy niż stereotypowo folkmetalowy. Teksty nie opowiadają o lokalnych legendach, mitach czy regionalnym folklorze, są dużo bardziej osobiste, nawiązują do przeżyć wewnętrznych autora oraz trudności spotykanych na życiowej drodze. Ciekawym zabiegiem jest krótka notka przy każdym tekście w książeczce, zarysowująca tematykę utworu oraz emocje, jakie towarzyszyły autorowi podczas procesu twórczego. Takie podejście nie każdemu fanowi gatunku się spodoba, jednak pokazuje w pewnym sensie niezależność i autentyczność grupy w tym, co robi.

cruada note

 

Dodatkowym smaczkiem na płycie są goście. Na Rabel Against Me wystąpiły trzy panie ze składu Percival Shuttenbach, a także orkiestra symfoniczna, na której opiera się ostatni numer, podniosłe Ziemie Niczyje. Okazuje się to udanym zabiegiem. Utwór idealnie bowiem wypada jako zakończenie albumu, zostawiając słuchacza w lekkiej zadumie i z poczuciem, że dzieło, którego wysłuchał, jest kompletne.

Komu płyta wpadnie w ucho

Zmiana, którą pokazał zespół, skupiając się bardziej na graniu metalu przyozdobionego tylko folkowym instrumentarium i melodiami, zadziałała zdecydowanie na ich korzyść. Poprzednia formuła polegająca na graniu folku podpartego, niestety, nieco amatorskim wykonaniem metalowym, nie zdawała tak dobrze egzaminu. Jak dla mnie ta płyta to pierwszy naprawdę reprezentatywny materiał Cruadalach. Jak LP oraz EP z 2011 roku poleciłbym, co najwyżej, zagorzałym fanom słowiańskiego folk metalu, tak Rabel Against Me jest płytą godną polecenia szerszej publice, zwłaszcza słuchaczom wychowanym na thrash metalu, którego wpływ jest tutaj bardzo wyraźny.

Subiektywna ocena autora: 7.5/10

cruadalach foto