Już ponad dwa tygodnie minęły od koncertów Einara Selvika w Polsce, a ja wciąż myślami wracam do eterycznego wieczoru spędzonego w krakowskim teatrze. 5 marca to dzień żywcem wyjęty z rzeczywistości. Polska publiczność została zaczarowana: niektórzy wciąż nie otrząsnęli się z transu…

„Einar w Polsce” – usłyszałam jakiś czas temu od mojego redakcyjnego znajomego. Słowa miały taką moc rażenia, że od momentu, w którym je usłyszałam, wiedziałam, że choćby nastała apokalipsa, muszę tam pojechać.  Jak postanowiłam, tak zrobiłam. W marcowe niedzielne popołudnie byłam już w drodze do Krakowa – nawet bez apokalipsy się obyło.

Krakowski Teatr Łaźnia Nowa wypełniony był po brzegi. Z zasłyszanych fragmentów rozmów dowiedziałam się, że Polakom wojaże niestraszne – niektórzy śmiałkowie przejechali pół Polski, żeby usłyszeć muzyka z krainy wikingów. Zanim jednak gwiazda wieczoru pojawiła się na scenie, złaknieni muzycznych wrażeń fani mieli okazję posłuchać węgierskiej formacji The Moon and the Nightspirit.

Grupę tę miałam okazję już raz słyszeć – pod względem klimatu wydawała się idealnym dopełnieniem marcowych koncertów Einara. Magia szamańskich dźwięków okraszona delikatnym, dziewczęcym głosem Ágnes Tóth cieszyła się entuzjazmem słuchaczy, którzy nagradzali formację gromkimi brawami. Fani zespołu mogli być ukontentowani: nie zabrakło zarówno kultowych utworów w klimacie Alkonyvarázs, jak i piosenek z płyty Metanoia (2017), wydanej przez wytwórnię Prophecy Productions. Zespół w trakcie swojego występu zachęcał publiczność do wspólnej zabawy, co – sądząc po reakcjach widzów – świetnie się sprawdziło. Osobiście wolę więcej ognia na scenie, ale występ węgierskich gości oceniam naprawdę dobrze; muzyka zespołu jest przyjemna dla ucha, melodyjna, choć nie brakuje w niej również surowych dźwięków, przenoszących słuchaczy w tajemnicze pogańskie czasy. Na pozytywny odbiór koncertu miało też wpływ nagłośnienie (które czasami potrafi doszczętnie zniszczyć choćby największe muzyczne uniesienia); proporcje były idealnie wyważone.

Po krótkiej przerwie przyszedł czas na gwiazdę wieczoru. Zapewne każdy z Was ma nieco inną definicję prawdziwego artysty. Dla mnie jednymi z najbardziej istotnych wyznaczników muzyka przez wielkie „M” są autentyczność i czystość; nie mam tu na myśli higieny osobistej (ten aspekt też jest ważny!), tym bardziej, że dla wielu występujących, jak i słuchaczy wilgotne koszulki i przyklejone do czoła włosy po energetycznym koncercie są chlebem powszednim, lecz raczej umiejętność wypełnienia swoją osobą całej przestrzeni scenicznej (i nie tylko). Norweski wokalista, wchodząc na scenę, nie potrzebował ani gry świateł (choć doceniam pracę oświetleniowców), ani patetycznych zapowiedzi. Był tylko on, jego głos i instrumentarium – wydawało się zresztą, że razem stanowią jedną całość. Einar nie bał się uchylić przed słuchaczami drzwi do swojego świata – owa autentyczność przyczyniła się do tego, że cała sala przeniosła się w czasie. Fani serialu Wikingowie mogli być ukontentowani, bo wokalista Wardruny stanął na wysokości zadania i wykonał pieśni takie, jak m.in. Fehu, Helvegen czy Völuspá. Ta ostatnia cieszyła się szczególnym entuzjazmem słuchaczy, którzy już w momencie, gdy zabrzmiały pierwsze dźwięki, nagrodzili artystę gromkimi brawami. Muzyka Einara wywoływała ciarki, a niekiedy wyciskała łzy – nie tylko za sprawą wyjątkowego klimatu, ale również perfekcyjnego warsztatu wokalisty, który intonacyjnie jest absolutnie doskonały, a jego przepona musi być naprawdę mocarna, jako że długość wydobywanych dźwięków robiła wrażenie. Surowe brzmienie talharpy i innych instrumentów były idealnym dopełnieniem dźwięcznego, silnego głosu skandynawskiego wokalisty. Na uwagę zasługiwał też świetny kontakt z publicznością; Selvik nie stronił od zabawnych anegdotek, jednak nie brakowało również rzetelnych informacji, dzięki czemu osoby, które nie miały wcześniej kontaktu z jego muzyką, mogły poznać jej specyfikę. Koncert Einara w Polsce doszedł do skutku za sprawą agencji Iron Realm Productions – oby takie przedsięwzięcie powiodło się i następnym razem.

 Aplauz po ostatnim utworze zdawał się nie mieć końca. Niezmiernie żałowałam, że finał nadszedł tak szybko, jednak wokalista zapowiedział, że ponownie odwiedzi Polskę. Po koncercie odbyło się spotkanie z fanami, dzięki któremu słuchacze mogli jeszcze przez moment nacieszyć się obecnością tego wyjątkowego artysty.

Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że 5 marca na chwil kilka znalazłam się w Walhalli. Szkoda tylko, że tak szybko musiałam z niej wrócić, bo powrót do szarej rzeczywistości odrobinę bolał.

Spóźniłam się na autobus.