Eluveitie, czyli szwajcarski gigant folk metalu, odwiedził Polskę, by zagrać 4 koncerty u boku Sabatonu. Wielu było oburzonych, że Eluveitie supportuje Sabaton, sugerując zamianę ról. Taka jednak nie nastąpiła, w związku z czym Szwajcarzy zagościli na scenie zaledwie na około 40 minut, by przygotować publikę na występ headlinera. Na koncert jechałem jako fan obu tych zespołów i nie miałem właściwie wyrobionego zdania, którego zespołu wolałbym słuchać dłużej. Czy koncert zmienił mój punkt widzenia? Zanim odpowiem na to pytanie, przedstawię relację z całego wydarzenia. Główną uwagę, z uwagi na szyld FolkMetal.pl, skupię na Eluveitie.

Koncert w Warszawie od strony organizacyjnej stał, moim zdaniem, na znakomitym poziomie. Może ochroniarze byli aż nadto skrupulatni, ale w sumie za to im płacą, więc im się nie dziwię. Wszystko było dobrze przygotowane, zapewnione, sprawnie i rozważnie przeprowadzone. Krótko mówiąc: wzorowo.

Równo o godzinie 19:00 zaczęło się widowisko. Pierwszym zespołem był węgierski Wisdom. Nie znałem ich wcześniej, ale zrobili na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Melodyjne wokale, dopracowane wokale wspierające, ciekawe utwory. Występ był bardzo dynamiczny. Szczególnie zapadł mi w pamięć gitarzysta grający na wiośle marki Music Man, który był zdecydowanie najlepszy spośród wszystkich szarpidrutów goszczących na scenie tego wieczoru.

Następnie przyszedł czas na Eluveitie. Zespół, jak wiadomo, nie przyjechał w komplecie. Chorująca od grudnia Anna zmuszona była opuścić tę trasę koncertową. Bezpośrednim efektem takiej sytuacji był brak utworu A Rose For Epona w setliście. Ta była dość ciekawa. Zespół zagrał głównie piosenki z najnowszego krążka (Helvetios, Luxtos, Havoc i inne), nie zabrakło jednak też klasyków Inis Mona oraz Thousandfold. Odczuwam jednak pewien niedosyt z powodu braku utworu tytułowego poprzedniej płyty Everything Remains As It Never Was. Od strony wykonania, Eluveitie było świetne. Wszystko brzmiało naprawdę dobrze, mimo że stałem pod sceną, gdzie zwykle jest najgorsza akustyka. Z ogromną przyjemnością słuchałem typowo folkowych instrumentów wybrzmiewających na warszawskiej hali sportowej „Koło”. Atmosfera była również imponująca. Dobry kontakt z publicznością, mimo okrojonego czasu występu, to sztuka. Miłym akcentem była obecność polskiej flagi z logo zespołu (podarowanej grupie podczas ich poprzedniej trasy koncertowej) przy dudach, używanych w niektórych piosenkach. Eluveitie świetnie sprostało oczekiwaniom fanów i wystąpili na znakomitym poziomie. Szkoda było żegnać ich, gdy schodzili ze sceny.

Co na to headliner? Moim zdaniem: nawalił. Ale po kolei… Sabaton stworzył świetną atmosferę. To, co się działo pod sceną, było niewyobrażalne. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś podobnego. Fani śpiewali, skandowali. Joakim ledwie mógł dojść do głosu w przerwach między utworami. Lider szwedzkiej grupy zabawiał się z publicznością, jak tylko mógł. To powoduje, że z koncertu wyszedłem zadowolony. Dlaczego to, a nie usłyszana muzyka? Jak wiadomo, zespół niedawno przeszedł poważną przebudowę: zmienił się cały skład poza wokalistą i basistą. Sabaton nie znalazł jednak klawiszowca, co próbowano rozwiązać puszczeniem jego partii z playbacku. Niestety, spowodowało to wielki, zlewający się huk, kompletnie rozmywając wykonywane utwory. Co więcej, nowi gitarzyści to, jak dla mnie, trochę za niska półka na Sabaton. Obaj coś próbowali ugrać, ale tak naprawdę rewelacji nie było, a do tego nie byli doskonale zgrani, co dodatkowo potęgowało wszechobecny huk. Jedyny muzyk, który spełnił moje oczekiwania, to wokalista. Setlista była dobra, aczkolwiek troszkę zbyt krótka jak na headlinera.

Jeśli mam podsumować sobotni wieczór, muszę powrócić do pytania postawionego na początku. Czy koncert zmienił mój punkt widzenia? Zdecydowanie tak. Sabaton w obecnym składnie jest dużo słabszym kandydatem na headlinera niż Eluveitie i to właśnie Szwajcarów wolałbym słuchać przez cały wieczór.