Po trzech latach szwedzki Fejd wydaje kolejny swój album; jego premiera miała miejsce dokładnie 27 maja. Czy warto było czekać trzy lata na ich następną płytę? Czy coś się zmieniło? I czy były to dobre zmiany? Jeśli chcecie poznać odpowiedzi na te oraz inne pytania, zapraszam do zapoznania się z moimi odczuciami w tej tematyce.

Przyznam osobiście, że bardzo czekałem na to wydawnictwo. Po kilkukrotnym przesłuchaniu mogę powiedzieć, że mam mieszane uczucia… Bogactwo instrumentów folkowych występuje bowiem nadal, buzuki, lira korbowa, genialna monaharpa, róg, drumla, specyficzny nordycki sallow flet, flet poprzeczny  oraz szwedzkie dudy. Jednak właśnie jednoczesna gra na instrumentach folkowych (mam tu na myśli Niklasa oraz Patricka Rimmerforsów) powoduje, zwłaszcza w przypadku Patricka jako głównego wokalisty, pewien muzyczny „nadmiar”, wskutek czego jego wokal po 4-5 piosenkach zobojętniał mi zupełnie, a to nie jest dobry znak.

Czym zespół postanowił nas zaskoczyć? Po raz pierwszy pojawiły się tu gitary elektryczne oraz całkiem niezłe solówki na nich w wykonaniu Per-Owe Solveliusa. Perkusja zachwyciła mnie swoja prostotą. Jeśli chodzi o klawisze… cóż, płyta niewiele by straciła na jakości, gdyby ich nie było. Na albumie możemy usłyszeć „gościnny” wokal  Linn-Katrin Øygard w Bed för din själ – i tu znowu mam mieszane uczucia; gdyby Linn śpiewała solo, byłoby genialnie, jednak w połączeniu z Patrickiem wypadło… średnio.

W samym swoim odbiorze to wydawnictwo wydało mi się bardzo melancholijne i mroczne; kiedy przetłumaczyłem sobie tytuł zrozumiałem, dlaczego. Wrażenie to spotęgowała genialna okładka wykonana przez Krisa Verwimpa. Krótko mówiąc, trochę plusów, trochę minusów, czyli równowaga została zachowana. Reasumując – ten zespół zdecydowanie nie jest dla wszystkich. Poprzedni ich album Nagelfar podobał mi się zdecydowanie bardziej, dlatego śmiało mogę stwierdzić, że czuję się ich najnowszym dziełem raczej rozczarowany, a nie ,,zaczarowany”.

7.5/10