03.10.2015 r., godzina 17:30, Warszawa, Progresja. Kolejka ubranych na czarno ludzi czeka na wpuszczenie do klubu. Z lekkim opóźnieniem wrota stają otworem i spragnieni dobrej, mocnej muzyki folkmetalowcy (po uprzedniej rewizji pana ochroniarza) mogą wejść do środka Progresji. Piwko (nawet nie aż tak drogie, a spodziewałam się tego po stolicy), szatnia – no i można się udać w miejsce właściwe, czyli przed zamknięte jeszcze wrota na salę koncertową. Czekać jednak w nudzie nie trzeba, bo zaraz obok można pooglądać sobie i zaopatrzyć się w naszywki, flagi, smycze, płyty, naklejki, duperelki i, rzecz jasna, koszulki (dla siebie, dla chłopaka, nawet i dla dziecka). A jeśli już o koszulkach mowa, to znalazły się w sprzedaży – rzecz jasna – i te z limitowanej serii od Ensiferum, i to nawet po promocyjnej cenie! Szybko można było zaobserwować coraz więcej ludzi noszących właśnie takie.

Pieniążki wydane – można udać się pod scenę. Pierwszy rząd jest w zasadzie od pierwszych sekund całkowicie zajęty przez co wierniejszych fanów – ci nie opuszczają swojego stanowiska do ostatnich chwil festiwalu. Z przykrością jednak zauważam, że poza tymi właśnie osobami tłumek przed sceną, choć rzecz jasna z każdym kolejnym zespołem coraz większy, to wciąż… nie był on imponujący. Osobiście liczyłam na dużo większą frekwencję.

Netherfell gra jako pierwszy. Tak, tak, to ten nasz rodzimy zespół, którego członkowie zupełnie nie wyglądają na osoby grające w zespole folkmetalowym. Panowie i pani mają niestety chyba jakieś problemy techniczne (znowu?) – nagłośnienie jest, mówiąc delikatnie, słabe. Wielka szkoda, skrzypaczka ma i zdolności i ładny głos – niestety, nie słychać jej należycie. Za to wokalistę już aż za bardzo. Na Netherfell byłam już raz w tym roku na Folk Metal Crusade II i na scenie zaprezentowali się podobnie – ukazując pełne ADHD zagrali swoje popisowe kawałki. Myślę, że ich nadenergiczność może udzielić się części publiki.

Valkenrag jest drugim, również polskim, występującym zespołem. Jeszcze zanim zaczęli grać, panom udało się na pewno skraść kilka(naście) dziewczęcych serc, bo – nie ma co ukrywać – prezentują się… nienagannie. Fanki wszelkich wikingów na pewno powinny zerknąć sobie do galerii wokalisty i gitarzysty na stronie zespołu. Szybko okazuje się, że grają również nienagannie, choć odnoszę wrażenie, że ich piosenki są do siebie technicznie dość podobne. Na plus zasługuje jeszcze stosunkowo wyraźny growl wokalisty, dzięki któremu można całkiem sporo zrozumieć bez wcześniejszego zaznajomienia się z twórczością zespołu. Zainteresowanych artystami zapraszam do zapoznania się z wywiadem z nimi dostępnym na naszej stronie.

Przyszła pora na zagraniczne kąski. Skyforger przyjechał do nas z Łotwy. Klimatycznie ubrani panowie pokazują, co potrafią – prezentują wysoki poziom i nic dziwnego, że są ikoną nadbałtyckiego metalu. Wielka szkoda, że tak mało ludowych akcentów jest w ich muzyce. Jakieś dudy, jakieś fleciki – byłoby coś wielkiego! Przychylność i ekstremum uwagi publiczności osiągają w momencie grania Tīreļa Purvā – a dlaczego? Wokalista sam proponuje, że śmiało możemy śpiewać… Tīreļa Kurwa!

1.Ei skīja, skīja

2.Senprūsija

3.Divi brāļi

4.Kauja pie plakaniem

5.Tīreļa purvā

6.Kurši

7.Rāmava

8.Uz ziemelkrastu

9.Kad ūsiņš jāj

10.Melnās Buras

11.Migla, rasa

Metsatöll pojawiają się na scenie jako przedostatni. I zachwycają od pierwszych sekund swoim, że tak się wyrażę, pie*dolnięciem. Zachwyca mnie to, jak ważną rolę odgrywa Lauri – multiinstrumentalista zajmujący się wszystkimi ludowymi akcentami. Jego flet i dudy są znakomicie słyszalne, ponadto artysta jest na scenie gwiazdą. Panowie robią świetny show, idealnie wyważają czas na ostre granie i wygłupy na scenie – nie spotkałam się chyba z osobą, która po usłyszeniu ich byłaby niezadowolona. W galerii znajdziecie zdjęcie ich setlisty – osoby, które były na koncercie, mogą sobie przypomnieć fajne chwile, a nieobecni mogą zobaczyć, co stracili.

Pora na gwiazdę wieczoru, zespół, którego nie trzeba nikomu przedstawiać – Ensiferum. Co od pierwszych chwil jest niesamowite, to Petri i kontakt wzrokowy, jaki nawiązuje z osobami z publiki! Coś pięknego, mogę niemal przysiąc, że wielokrotnie udaje mi się złapać jego wzrok i to nawet na kilka sekund… Chociaż moim osobistym faworytem, jeśli chodzi o kontakt ze słuchaczami, jest jednak Sami Hinkka, basista, który – jak nikt – stroi najróżniejsze miny, wskazuje palcem na przypadkowe osoby i, mimo że nie jest już najmłodszy, miota się po scenie jak nadpobudliwe dziecko, wymachując kiltem tak, że stojąc pod sceną można dowiedzieć, się czy nosi coś pod spodem, czy nie (zachowam tę tajemnicę dla siebie, hihihi). Ogółem zespół sprawia wrażenie, jakby bawił się równie dobrze, jak my. Zagrali łącznie 12 utworów, także fani zarówno nowych jak i starych kawałków nie mogą być zawiedzeni.

1. Axe of Judgement
2. Heathen Horde
3. Twilight Tavern 
4. Warrior Without a War
5. From Afar
6. In my sword I trust
7. Lai Lai Hei
8. Burning Leaves
9. My Ancestors’ Blood
10. Two of Spades
11. Victory Song
12. Iron

W tym miejscu chciałabym tylko jeszcze serdecznie pozdrowić wszystkie osoby, które podobnie jak ja wydawały z siebie dziwne i zapewne zupełnie niezrozumiałe okrzyki naśladujące fiński w fińskojęzycznych fragmentach ich piosenek.

No i to by było na tyle… Tak? Aaa nie, bo po koncercie można jeszcze zagadać, zrobić sobie zdjęcie i zdobyć autograf od Ensiferum. Jak można zerknąć poniżej, okazji nie przegapiłam. Bardzo miłym gestem ze strony basisty zespołu jest to, że ma na sobie specjalną Folk Festową koszulkę z flagą Polski. Artyści „obsługują” wszystkich fanów i tak… teraz to już naprawdę byłoby na tyle.

Podsumowując – było nieziemsko. Nie było żadnych większych muzycznych wpadek, poza początkowym problemem z nagłośnieniem. Zespoły na wysokim poziomie, atmosfera świetna. Mogłabym ponarzekać na wcześniej wspomnianą frekwencję – pozostanę przy wmawianiu sobie, że wszyscy pospieszyli na koncerty w Krakowie i Wrocławiu.