Strumień to urokliwa miejscowość położona na Śląsku Cieszyńskim. To tam właśnie w dwójce młodych pasjonatów kultury słowiańskiej zrodziło się marzenie o wybudowaniu grodu. Katla i Dziadosz, właściciele tego magicznego miejsca, żyją jak zwyczajni… i jednocześnie niezwyczajni ludzie. Zwyczajni, bo – podobnie jak przeciętny Kowalski – pracują (a jak wygląda ich praca, przekonacie się za chwilę), świętują i korzystają z dobrodziejstw XXI wieku. Niezwyczajni… gdyż to ostatnie nie zdarza im się tak często. Kim  jest ta niezwykła para? Czy w dobie komputerów da się żyć zgodnie z rytmem natury? Wreszcie – kto przywita wędrowców pukających do bram Białogrodu? Zapraszam do lektury.

Zacznijmy od początku. Skąd pomysł na wybudowanie grodu? Jak mniemam, jest to ściśle powiązane z Waszą miłością do rekonstrukcji historycznej…

D: Tak, na początku była rekonstrukcja w znaczeniu przynależności do grupy. Jednak później przestało nam wystarczać jeżdżenie do różnych skansenów czy na imprezy typu „polana w lesie”. Bywaliśmy na Wolinie, w Byczynie, w Chociebużu, na Żmijowiskach, w czeskim Velehradzie i innych. Ale dlaczego mieliśmy tylko odwiedzać takie miejsca? W dodatku zaledwie na dzień czy dwa.

K: Właśnie będąc w skansenie w Modrej (Velehrad) zobaczyliśmy, jak nam się wtedy wydawało, prawdziwą osadę wczesnośredniowieczną. W chatach mieszkały całe rodziny rekonstruktorów z dziećmi, po całym skansenie chodziły kozy i świnie. Tam też pierwszy raz byliśmy na Szczodrych Godach, zimowym święcie zorganizowanym nie na pokaz dla turystów, ale jako prawdziwe święto dla tych, którzy chcą w nim uczestniczyć. Byliśmy naprawdę oczarowani tym miejscem.

D: Jak tylko pojawiły się środki finansowe wystarczające na zakup ziemi, zrobiliśmy to… no i zaczęliśmy budować nasz własny skansen. Nasz Białogród.

Tego rodzaju przedsięwzięcie z pewnością wymagało dużej wiedzy. Skąd pozyskiwaliście potrzebne informacje? Zgłębialiście literaturę na ten temat? A może macie jakichś mentorów, którzy Was wspierali w procesie budowy grodu?

D: Głównie bazowaliśmy na już wcześniej zdobytej wiedzy. Podglądaliśmy rozwiązania i rekonstrukcje w innych skansenach. Niezbędne było też doszkolenie się w kilku kwestiach z dziedziny budownictwa wczesnośredniowiecznego. Doświadczenie zdobywaliśmy stopniowo przy pracy. Eksperymentowaliśmy i sprawdzaliśmy w praktyce zdobytą wiedzę teoretyczną. Zdarzało się oczywiście, że musieliśmy coś robić drugi raz. Nie wszystko da się wyczytać z książek. Metody tam opisane nie zawierają np. proporcji, w jakich należy zmieszać glinę z końskim łajnem, żeby wylepiona ściana była trwała i jak najmniej pękała. Z różnych opracowań znaliśmy też techniki tworzenia różnych rzeczy, ale sami musieliśmy się nauczyć robić to w praktyce. Teraz możemy uczyć innych. Jak budować, jak stawiać piece.

K: Czasami przewijają się przez to miejsce osoby, od których też dużo się dowiadujemy – archeolodzy czy studenci tego kierunku. Nie wszystko, co odkryte, zostało już opublikowane – czasem udaje nam się dotrzeć do wiadomości, że tak powiem, z pierwszej ręki.

Czy pamiętacie, jak zrodziło się Wasze zainteresowanie historią Słowian?

D: U mnie to wyrosło z fantastyki, której byłem pasjonatem już w latach szkolnych. Lubiłem sobie malować, rysować stwory i krajobrazy. Potem przyszła ciekawość, skąd fantastyka czerpie inspiracje. Odkryłem, że głównie z różnych mitologii. Tu kolejne moje odkrycie: mitologia słowiańska. Zacząłem zgłębiać temat. Próbowałem nawet opracowywać swoje systemy gier oparte na wierzeniach słowiańskich. Wkrótce zaczęły pojawiać się bractwa rycerskie w Polsce.  Z grupą przyjaciół założyliśmy więc własne bractwo, które, gdyby teraz na to spojrzeć, utrzymane było raczej w klimatach fantasy. Pojechaliśmy jednak na Ogrodzieniec, jeden z pierwszych, wtedy jeszcze późnośredniowieczny. Pojawiły się tam też grupy wczesnośredniowieczne. Tu było moje kolejne odkrycie: można rekonstruować wczesnośredniowiecznego Słowianina. Innym w naszej grupie też to się spodobało, więc mianowaliśmy się drużyną  i zajęliśmy się rekonstrukcją wczesnego średniowiecza. I przy tym już zostałem.

K: Moja historia jest nieco mniej skomplikowana. Wiele lat po tym wspomnianym Ogrodzieńcu wybrałam się z przyjaciółką w to samo miejsce. Impreza wczesnośredniowieczna. Pojechałyśmy na turniej łuczniczy, bo obie kochałyśmy łucznictwo od lat, ale zobaczyłyśmy dużo więcej. Złapałyśmy bakcyla, jak to się mówi. Koniecznie chciałyśmy być po tej drugiej stronie. Nie jako turystki. Chciałyśmy też mieć takie kiecki, siedzieć do nocy przy ognisku i mieć faceta wojownika. Zaraz po powrocie do domu znalazłyśmy stronę najbliższej grupy rekonstrukcji i przyszłyśmy na ich spotkanie. Tam poznałam Dziadoszka i miałam wreszcie swojego woja. No a teraz mam jeszcze wioskę 😉 Zawsze chciałam mieszkać w jakimś drewnianym domku na odludziu i wreszcie spełniamy razem te marzenia.

Strumień jest piękną miejscowością, jednak wciąż chyba niezbyt dobrze znaną na szerszą skalę. W jaki sposób popularyzujecie swoją działalność i – tym samym – Wasze miasto?

D: Strumień nigdy nie był miejscowością wyspecjalizowaną w turystyce. Musimy nieskromnie przyznać, że jesteśmy tu główną atrakcją, jeżeli chodzi o zwiedzanie. Dla tych, którzy ciekawi są starych wierzeń, zainicjowaliśmy w tym roku cykl rekonstrukcji najważniejszych świąt w roku. Tak naprawdę święta organizowaliśmy tu od od samego początku, czyli teraz już szósty rok. Jednak teraz zapraszamy do udziału turystów. Dla tych, którym walka wydaje się bardziej atrakcyjna, organizujemy imprezy militarne. Zapraszamy też na wspólne treningi. Odwiedzają nas uczniowie, albo my odwiedzamy ich w szkołach z żywymi lekcjami historii. Współpracujemy też z innymi skansenami i muzeami. Powoli, jak się to mówi, rozkręcamy to miejsce.

Przypuszczam, że początki były trudne. A jak obecnie turyści, rekonstruktorzy reagują na to, co robicie?

D: Czy trudne? Pod względem turystycznym tak. Prawie nikt o nas nie wiedział, a my wszystkie fundusze inwestowaliśmy w budowę, a nie w reklamę. Teraz zresztą też głównie przeznaczamy pieniądze na rozwój, a tylko w niewielkiej części na reklamowanie się w świecie.

K: Jednak odwiedzający nas są bardzo pozytywnie zaskoczeni, że jest tu „coś takiego” To ich zadowolenie jest też naszą reklamą. Opowiadają o nas swoim znajomym i niejako wieść się sama niesie.

D: Rekonstruktorzy są nam bardzo przychylni od samego początku. To przecież dzięki nim powstało już tak dużo. Od razu też zakładaliśmy, że będzie to miejsce gdzie każdy odtwarzający średniowiecze będzie mógł czuć się tu jak w domu. Dzisiaj już nawet nie istniejemy jako grupa, ale bardziej jako projekt. Łączymy wiele grup rekonstrukcyjnych współpracujących razem. Jeśli czyta to ktoś spoza rekonstrukcji, to również zapraszamy do współpracy.

Na terenie Waszego grodu cyklicznie odbywają się różne wydarzenia, nawiązujące do prastarych obrzędów. Opowiedzcie o nich.

D: Jak już wspomnieliśmy, od początku organizujemy w osadzie główne święta. Szczodre Gody w czasie przesilenia zimowego, Jare Gody w wiosenną równonoc, Kupałę w letnie przesilenie i Plony w jesienną równonoc. Poza tym co roku obchodziliśmy Dziady.

K: Głównie czerpiemy z folkloru, z tego, co zachowało się w tradycjach ludowych. Nikt dokładnie nie wie, jak w czasach przedchrześcijańskich wyglądały święta na naszych terenach. Staramy się jednak sklecać ze strzępków informacji coś, co miałoby sens i dla nas, dla których stara wiara jest tą prawdziwą, jak i dla tych, którzy chcą tylko popatrzeć i dowiedzieć się, jak to kiedyś bywało. Pierwsze obrzędy na Białogrodzie organizowaliśmy tylko dla przyjaciół. W zeszłym roku na niektóre przybywało nawet około setki rekonstruktorów. W tym roku otwieramy się na ludzi spoza rekonstrukcji. Zapraszamy turystów i w końcu chcemy się pokazać.

Czym zajmujecie się poza rekonstrukcją? Czy Wasza działalność zawodowa, Wasza edukacja jakkolwiek były związane z historią, folklorem, czy wybraliście zupełnie inną ścieżkę?

K: Dziadosz jest z zawodu stolarzem, ale oboje zajmujemy się grafiką. Jednak coraz więcej czasu poświęcamy osadzie. Coraz rzadziej zarabiamy na współczesnych zawodach, za to częściej udaje nam się to robić dzięki Białogrodowi. Poza budową i renowacją tego, co już wcześniej udało się zbudować oraz zajmowaniem się zwierzętami znajdujemy też czas na rzemiosła wczesnośredniowieczne, pokazy, warsztaty.

D: Oprowadzanie gości i opowiadanie o historii, architekturze i wierzeniach. Podsumowując, ani nasze szkoły, ani nasze wyuczone zawody nie są związane z folklorem ani z historią.

To, czym się zajmujecie, dla wielu osób „z zewnątrz” jest nietypowe, oryginalne. Jak „przeciętny Kowalski” reaguje na wieść, że żyjecie na terenie grodu, zgodnie z naturą, oddajecie cześć dawnym bogom?

D: Turysta dowiaduje się, że tu mieszkamy i jest wielkie „wow”. Wtedy tłumaczymy, że tak da się żyć: bez prądu w ścianie, bez ciepłej wody z kranu, bez telewizora. Energia elektryczna nie jest życiodajna. Nie jest wcale niezbędna. Wszystko to kwestia przyzwyczajenia i tego jakie się ma wymagania i oczekiwania wobec życia. Nie mamy tu żadnych luksusów, ale żyjemy podobnie jak ludzie kiedyś i to nam odpowiada.

K: Poza tym ludzie chodzą na siłownię, płacą, żeby utrzymać swoją formę fizyczną. Płacą za tabletki podnoszące odporność organizmu. My pracujemy fizycznie codziennie i zahartowaliśmy się już, żyjąc tu.

D: Ale nie będziemy kłamać. Trochę prądu jest i nam potrzebne, żeby mieć kontakt ze światem. Ładujemy telefony z banków energii. Podkradamy prąd znajomym i rodzinie. 🙂

K: W sumie trochę mnie dziwi, że ludzie są tak zaskoczeni tym, że tu mieszkamy, ale prawie w ogóle nie dziwią się, jak prowadzę ich do naszego świętego gaju i opowiadam o Bogach. Słuchają zaciekawieni, często mają pytania dotyczące „naszych praktyk” albo pytają, czy składamy ofiary ze zwierząt. Kiedy przychodzą z nieposłusznymi dziećmi, to czasem żartuję i mówię, że pod tymi posągami zakopujemy niegrzeczne dzieci. Oczywiście dodaję, że tak naprawdę to są to tylko ofiary z jedzenia: śmietany, ziarna, chleba, owoców. Ludzie się bardzo interesują starą słowiańską kulturą i wierzeniami i coraz mniej się dziwią.

W Białogrodzie hodujecie zwierzęta. Opowiedzcie, z kim zatem spotka się oko w oko turysta. 🙂

K: Najprawdopodobniej zaraz za bramą gości przywita nasza suczka Wiła. Uwielbia wszystkich ludzi i cieszy się z każdych odwiedzin. Z parkingiem graniczy zagroda kóz. Już dawno się nauczyły, że zwiedzający zaopatrzeni są zazwyczaj w smakołyki  – i od razu biegną (kózki!) do ogrodzenia. Wszystkie są rasy górskiej, bo chcemy, żeby nasze zwierzęta jak najbardziej przypominały te hodowane we wczesnym średniowieczu. Dlatego nasze świnie Kinia i Bunio wyglądają trochę jak dziki. W dodatku wielkości też dość słusznej, co zgadza się z tym co wiadomo o wielkości świń na przykład na podstawie badań kości z wyspy na jeziorze Lednickim, czyli około 95 cm w kłębie. Krowy wtedy bywały większe  tylko o jakieś 10 cm.

D: Krów jeszcze nie mamy. W najbliższej przyszłości chcemy kupić owce wrzosówki.

K: Tak. Będziemy mogli wtedy robić całkiem swoją przędzę i filc, które i tak robimy, choć na razie musimy kupować owcze runo.

D: Wszystkie nasze zwierzęta są oswojone, przyzwyczajone do ludzi. Lubią być głaskane i karmione z ręki. Każdy chętny może wejść do zagrody i bliżej się z nimi zaprzyjaźnić.

K: Wyjątkiem są tylko ptaki. One nie dają się nawet dotknąć. Mamy szare gęsi, kaczki krzyżówki i staropolskie, kury zielononóżki. Nie są to duże stada, ale co roku przybywa  ich po kilka, bo cierpliwie czekamy, aż wysiedzą swoje pisklęta.

Takie pytanie na koniec: chcielibyście przenieść się w czasie do okresu przed rokiem 966, czy jednak więcej plusów dostrzegacie we współczesnym trybie życia?

D: Jak najbardziej chciałbym się przenieść do dziesiątego wieku. Moglibyśmy się zaszyć gdzieś w lesie i zniknąć dla świata. Być samowystarczalni i nieograniczeni wielkością działki.

K: Ja chyba wolałabym tak tylko na wycieczkę. Zobaczyć, jak to wszystko naprawdę wyglądało, dowiedzieć się, czego jeszcze nie wiemy i wrócić. Poza tym to też zależy od tego, na jakich warunkach mielibyśmy się cofnąć w czasie. Bo jeżeli tak jak terminator na golasa, to ja dziękuję. Gdybym miała jakoś żyć w tym średniowieczu, to bym chciała zabrać z sobą trochę rzeczy. Choćby siekierę. Albo „wskoczyć” na czyjeś miejsce, bo na pewno nie chciałabym zaczynać od zupełnego zera. Może ktoś z dziesiątego wieku chciałby się zamienić z nami na jakiś czas?

Dziękuję za rozmowę… i życzę powodzenia.

D: My również dziękujemy. Zapraszamy też do Białogrodu, jeśli chcecie przenieść się do średniowiecza tylko na chwilę.

Białogród na Facebooku