Wreszcie jest!  30  września miała miejsce długo wyczekiwana premiera płyty warszawskiego Helroth – I, Pagan, która ukazała się nakładem Art Of The Night Productions. Zespół ma na koncie już jedną EPkę, dużą liczbę koncertów w Polsce i poza jej granicami, a – co za tym idzie – oddanych fanów. Czy było warto…?

Helroth buduje napięcie już od samego początku – bardzo dobre intro wprowadza słuchacza w odpowiedni nastrój. Na pierwszy ogień idzie Wilcza Jagoda, czyli thrashowy riff, skrzypce, flet, perkusja, cudny śpiew Marty i scream Michała Lipki. Bardzo dobra solówka gitarowa (jak dla mnie stricte heavymetalowa) i marszówka z wyeksponowanym basem… w punkt. Jak na piosenkę otwierającą jest dobrze, ale do samego końca muzycznej podróży daleko.

Gwałtowna zmiana klimatu, smyczki, duet wokalny Marty i Orthanka (czysty śpiew). Numer Mamuny zaskakuje. Niezwykle zróżnicowany, fani dynamicznych kawałków z pewnością się nie zawiodą, jednak również amatorzy wolniejszych utworów znajdą coś tu dla siebie, a to wszystko za sprawą niezwykłych dźwięków gitary akustycznej. Trzecia kompozycja – Pasterz Chmur – może zaskoczyć. Spodziewałem się ballady, tymczasem już po chwili (wypełnionej kojącymi partiami fletu) w uszy rzuciły mi się dobre thrashowe riffy, wyraziste breaki, scream i growl (który nieszczególnie przypadł mi do gustu). Helroth nie pozwala słuchaczowi na nudę.

Znana z wypuszczonego przez zespół teledysku Wiedźma mocno namieszała w kotle. Demoniczny wokal Marthy zrobił swoje, efekt „kakofonicznego” grania oraz „przewijania” instrumentów – fantastyczny. Chyba najbardziej „upiorny” kawałek na płycie. Płyta prezentuje różne oblicza zespołu. Wiedźma zamyka najbardziej demoniczną  cząstkę albumu.

Mists of Eternity – nareszcie ballada, magiczna, delikatna. Osobiście żałuję, że instrumentalna, śpiew Marthy nieźle by się tu wpasował. Tak czy inaczej – plus za refleksyjny klimat. I, Pagan czyli tytułowy numer, też niczego sobie – heavymetalowe gitary, gdzieniegdzie przechodzące w thrash, chórki Marthy… Efekt psuje mi trochę growl Gortala, jednego z wielu gości na tej płycie. Czysty śpiew Orthanka – stwierdzając obiektywnie – uratował ten numer (choć kolejna mistrzowska heavymetalowa solówka też zasługuje na uwagę).  The Hidden Path  to połączenie czystego śpiewu z dobrymi thrashowym riffami, skrzypcami i perkusją – na plus.

In the Name of Christ to najdłuższa piosenka na albumie. Dobre gitary, świetna solówka w heavymetalowym stylu. Końcówka zaiste ciekawa, blackmetalowa perkusja z dobrymi blastami, flet poprzeczny w tle… Widać, że zespół zadbał o to, by płyta była niesztampowa. Firedance jest kolejną instrumentalną kompozycją, do tego – co ciekawe – bardzo dobrą do tańca.  Kiedy usłyszałem aborygeńskie didgeridoo, doznałem pozytywnego szoku. Świetny pomysł! Na uwagę zasługuje też perkusja w wykonaniu kolejnego gościa, Piotra Glińskiego z Kapeli Ze Wsi Warszawa – masjtersztyk.

Niespodzianka czeka słuchacza przy słuchaniu utworu To Forgotten Gods. To tutaj gościnnie pojawili się: Gašper Šinkovec, Primož Lajovic  oraz Uroš Rozina ze słoweńskiego folkmetalowego zespołu Avven. Pomysł jak najbardziej trafiony; widać, że zespół od początku miał pomysł na charakter swojej płyty, na albumie usłyszymy też lirę korbową w wykonaniu Roberta Jaworskiego z zespołu Żywiołak.

Bracia to piosenka niezwykle tajemnicza, szept nadaje jej mistycznego charakteru. Pojawia się on również w numerze końcowym – Kwiat życia. Świetny wstęp fletu poprzecznego (chyba moja ulubiona partia)  i didgeridoo. Scream, czysty śpiew, chór w wykonaniu Marthy… Czegóż chcieć więcej. Zbliżamy się do finału – outro równie udane jak intro (a może nawet bardziej spektakularne).

Przechodząc od samej muzyki do tekstów… Tematyka koncentruje się na pamięci o dawnych bogach; bardzo mocny w przekazie jest In the name of Christ, utwór w swojej wymowie wręcz antychrześcijański. Nie brakuje też nawiązań do rywalizacji Welesa i Peruna, bezlitosnych demonów porywających narodzone dzieci; nie zawiodą się także słuchacze poszukujący w tekstach pewnej filozoficznej głębi. Warstwa liryczna jest niezwykle zróżnicowana, w związku z czym każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Miałbym problem ze wskazaniem swoich ulubionych numerów; Bracia oraz Kwiat Życia są na pierwszym miejscu, zarówno pod względem lirycznym, jak i muzycznym. Godny polecenia jest też The Hidden Path. Samą liryką natomiast ujął mnie dość mocno In the Name of Christ.

Podsumowując…  Śmiało stwierdzam, że jest to – jak dotąd – jedna z najlepszych (jeśli nie taka właśnie) oraz innowacyjnych (efekt słuchania od tyłu w piosence Wiedźma) polskich płyt folkmetalowych (nie mylić z viking/pagan metalowymi), jakie dotąd słyszałem. Moc doznań, tak muzycznych, jak i lirycznych, dostarczonych mi przez płytę była naprawdę przeogromna. Okładka autorstwa Kuby Sokólskiego jest po prostu świetna. Pomimo pewnych mankamentów (o których była mowa wcześniej) jest to album wręcz idealny.

9,5/10