Folk metal w swej długoletniej historii odnotowywał mnóstwo dziwnych, oryginalnych, czy też najzwyczajniej w świecie szalonych zespołów. Scena obrosła dziesiątkami wyróżniających się tworów, które swą odmienność zdołały nawet wrzucić w nurty ciurkiem wpadające do morza mainstreamu. Rzadko jednak pojawiały się bandy, które rezygnowały z tradycyjnejfolkowej rąbanki, aby uderzyć w słuchacza dłuższymi, rozbudowanymi kompozycjami. Jeszcze mniej było takich, którym podobny zabieg wyszedł na dobre. Do tych ostatnich z pewnością można zaliczyć Moonsorrow. Nie dość, że ich długie, zupełnie nieszablonowe numery nikogo nie zanudziły, to jeszcze zdołały przyciągnąć rzesze nowej, głodnej oryginalności gawiedzi. Mało tego. Rok 2003, w którym to grupa wypuściła na rynek legendarny już dziś album Kivenkantaja pokazał, że i w morzu mainstreamu znajdzie się dla nich całkiem przestronna rafa.

Nic, tylko iść po sławę

Osiem lat po oficjalnym rozpoczęciu działalności Moonsorrow znalazł się w całkiem komfortowym położeniu. Zespół miał już za sobą cztery demówki oraz dwa pełnoprawne długograje, z których ostatni szczęśliwie wydany został nakładem znanej i szanowanej w różnorakich kręgach wytwórni – Spinefarm Records. Pojawiało się coraz więcej ofert koncertów, zaproszeń do współpracy. Powiększała się też baza fanów. Naturalnym krokiem w tego typu sytuacji wydaje się oczywiście rejestracja kolejnego albumu, który nie tylko ugruntuje, ale po prostu znacząco wzmocni pozycję bandu na muzycznej scenie. Wiedzcie jednak, że nic nigdy nie jest takim, jakby początkowo się mogło wydawać… Odczuwanie na karku oddechu spragnionych ponadczasowego arcydzieła fanów z pewnością nie ułatwia uwalniania pokładów twórczej weny. A jak już kapela ślepo uwierzy w „syndrom trzeciego albumu”, to centralnie umarł w butach.

moonsorrow

Ostateczna decyzja

Tymczasem jednak (na całe nasze folkowe szczęście!) kapela postanowiła zachować się cokolwiek zdroworozsądkowo i przystąpić do nagrywania trzeciego w karierze albumu. Henri Sorvali, muzyczny człowiek – instytucja (prócz Moonsorrow udzielał się również m.in. w Finntroll czy The Rasmus) wraz z kuzynem Ville skrzyknęli ziomków i zaszyli się w studiu, aby zaspokoić potrzeby rozemocjonowanej folkowej społeczności, jak również zalać smutkiem księżyca cały glob.

Wacken-Open-Air-20110806_Moonsorrow-Woa-425

Sami wiemy, co dobre

Ciężko tak na dobrą sprawę stwierdzić, co takiego siedziało w głowach Finom, gdy przystępowali do nagrywania Kivenkantaja. Fakt jest jeden: panowie postanowili kompletnie wypiąć się na panujące tu i ówdzie mody i przepoczwarzyć w pełnoprawny album dokładnie takie patenty, na jakie sami mieli ochotę. Rzec trzeba, iż poczynili w tym kierunku bardzo ryzykowne kroki. Śmiem nawet przypuszczać, że gdy kolesie ze Spinefarm, którzy po raz kolejny podjęli się wydania albumu Moonsorrow, ujrzeli na trackliście sześć rozciągniętych w niemalże pełnej godzinie zegarowej kompozycji, mogli doznać lekkiej konsternacji. No sorry, panowie, ale Pink Floyd to nie tutaj… Jednakże Finowie, jak to Finowie, naród uparty. Sorvalovie i spółka postawili na swoim, co w ostatecznym rozrachunku okazało się jedną z najlepszych decyzji ich muzycznego życia.

moonsorrow3

Sukces

Monumentalny, trwający prawie czternaście minut kolos Rauniolla, czy też potężny utwór tytułowy to kompozycje, które na stałe zapisały się na kartach folkmetalowej historii. Dzięki determinacji i konsekwencji w tworzeniu Finowie sprawili, iż „syndrom trzeciego albumu” tym razem obrócił się na ich korzyść. Płyta Kivenkantaja niemalże z miejsca została okrzyknięta folkmetalowym hitem, docierając do szesnastego miejsca na liście przebojów w Finlandii. Długograj stał się również przepustką dla bandu do pierwszych zagranicznych wojaży i stopniowego rozszerzania środowiska fanów poza swoim ojczystym krajem.

Znaczenie

Wielu ekspertów muzycznych twierdzi, iż tak na dobrą sprawę dopiero wydany w 2005 Verisakeet otworzył nowy rozdział w historii kapeli. Nie da się jednak ukryć, że to właśnie album Kiventaja sprawił, iż Smutek Księżyca w końcu mógł wypłynąć na szersze wody i zalewać pożogą swojego spojrzenia na folkowe rejony metalu cały świat. Warto pamiętać, iż gdyby nie ta płyta, folkmetalowa armia dziś z pewnością byłaby uboższa o kilku znaczących graczy, także tych wyłowionych z odmętów rzygopędnego mainstreamu.