Historia kołem się toczy

Historia niejednokrotnie pokazywała już, iż ostatnie tchnienie dogorywającej kapeli często okazywało się potężnym krzykiem, pozostawiającym na jej dziejach zauważalny ślad, z którego po latach będzie głównie kojarzona. Nie inaczej rzecz miała się w przypadku szwedzkiego Mithotyn.

mithotyn (1)

Band działał ledwo kilka lat, nie zdoławszy zbytnio porwać serc metalowej gawiedzi. Mimo to, u kresu kariery Szwedzi postanowili wznieść się na wyżyny swoich muzycznych umiejętności i dać światu album, który po latach spokojnie można zestawić w panteonie największych folk/pagan/viking metalowych klasyków.

Wielce prawdopodobne jest, iż duży wpływ na jakość Gathered Around the Oaken Table miało podniecenie gitarzysty Stefana Weinerhalla oraz perkusisty Karstena Larssona z tytułu formowania nowej grupy. Szersze grono odbiorców kojarzyć ją dziś może pod nazwą Falconer. Wiecie, panowie chcieli wziąć godny rozbrat z przeszłością, to i postawili monumentalną, cieszącą ucho bramę oddzielającą wszystko od teraźniejszości. Chyba, że po prostu im tak wyszło…

Początki

Zanim jednak Mithotyn postanowił zaznaczyć swoją obecność na folkowym poletku, parał się brutalniejszymi odmianami metalowej sztuki. Nawet nazwę mieli bardziej brutalną; sami przyznacie, że Cerberus brzmi dużo bardziej agresywnie. Po roku jednak chłopakom odwidziała się krwawa sieczka i spuścili nieco z tonu. Mimo stałej właściwie aktywności przejawiającej się w różnego rodzaju wystąpieniach publicznych i nagraniu kilku dem od 1992/1993 roku, pierwszy pełnowymiarowy album panowie zdołali zarejestrować dopiero w roku 1997. Nosił on tytuł In the Sign of the Ravens. Jeśli się już jednak w końcu udało coś wydać, czemu od razu nie pójść za ciosem… Stąd też Szwedzi jeszcze tego samego roku zarejestrowali kolejny „długograj”, zatytułowany King of the Distant Forest, który światło dzienne ostatecznie ujrzał w 1998. Oba albumy były naprawdę przyzwoite, by nie rzec bardzo dobre (osobiście uważam, iż miejscami są nawet świetne; jeśli zastanawialiście się kiedyś, w czym może tkwić esencja folkmetalowej „łupanki”, z pewnością znajdziecie na tych płytach fragmenty, które znacznie przybliżą was do uzyskania satysfakcjonującej odpowiedzi), Oba również, jak na możliwości promocyjne dość niszowych labeli, przez które zostały wydane, swego czasu zyskały względnie sporą popularność. Przynajmniej w samej Szwecji. Wiecie, fakt, iż do King… chłopaki zdołali dokoptować samego wielkiego Andyego Laroque w roli producenta, mówi sam za siebie. Niestety, o zimnym whiskey z lodem na karaibskich plażach nie było nawet co marzyć, nawet na chleb z oryginalną Nutellą, a nie czekoladopodobnym zamiennikiem, ciężko byłoby zarobić. Dlatego też grupa powoli zaczęła się rozpadać. Jak już jednak wspomniano wyżej, zanim na dobre udała się na metalowy spoczynek, postanowiła powiedzieć światu, że jak umierać, to z godnością.

mithotyn

Ostatnie tchnienie dogorywającej kapeli

Gathered Around the Oaken Table wydany został  u progu nowego millenium, w roku 1999, podobnie jak jego poprzednik nakładem Invasion Records. Z tymże tutaj jeszcze, chcąc szerzej uderzyć w azjatyckie rynki, panowie wsparli się wydaniem osobnej edycji w Japonii, nakładem tamtejszego Soundholic. Trzy lata później reedycji albumu dokonały Karmageddon Media na terenie Europy oraz Hammerheart America na terenie USA, z alternatywną (moim zdaniem gorszą) wersją okładki.

Album rozpoczyna się jak gdyby od środka. Serio. Żadnego wstępu, intra, wprowadzenia, tylko od razu monumentalny growl z bujającym rytmem, brudnymi gitarami i folkową melodyjką w tle. Typowy vikingowy/paganowy kawałek, z tym, że masz wrażenie, iż zaczyna się od refrenu. Nic to jednak, przynajmniej czymś nas początek zaskakuje.

Im dalej w las, tym lepiej. Nie ulega wątpliwości, iż wieńczący karierę Szwedów krążek jest zdecydowanie najbardziej agresywnym i ostrym w ich dorobku, gdzie zadziorny growl i wytłuszczone gitarowe partie mają znacznie większe znaczenie niźli wszelkie łagodne melodie. Świetne, marszowe riffy w Watchmen of the Wild czy The Well of Mimir uwydatniają moc i siłę tego albumu, a zmyślne wplatane, zgrabnie zagrane solówki nie pozwalają na nudę. Nie oznacza to jednak, że łagodna melodia zatraciła się całkowicie; słuchając całości ma się wrażenie, że stanowi ona pewnego rodzaju tło dla reszty, bez którego jednak ta reszta nie miała by większego sensu. A gdzieniegdzie, szczególnie w drugiej części albumu, słychać ją nawet bardzo wyraźnie. Od reszty pod wieloma względami odstaje przesiąknięty Heidevolkowym sznytem wieńczący album The Old Rover. Chóralne zaśpiewy i czysty, pompatyczny wokal, mniej agresywne gitary. Serio, jak tego słuchałem, to miałem wrażenie, że Szwedzi tym numerem dobitnie sygnalizowali swój koniec, żegnając fanów. Mniemam jednak, że to tylko mi odbija.

Na koniec

Jeśli zwiesz się fanem folk/pagan/viking metalu, zaliczenie Gathered Around the Oaken Table – jeśli jeszcze tego nie uczyniłeś – winno stać się dla ciebie sprawą priorytetową i mówię to z pełną odpowiedzialnością (zresztą, tak na dobrą sprawę, jeśli nie znacie „In the Sign…” oraz „King…”, powinniście szybko to naprawić). Wiecie, nie jest to tylko moja opinia, o czym przekonałem się nurkując w bezkresnych głębiach internetowego oceanu. W stworzonym przez gościa o pseudonimie Tymell dla portalu www.rateyourmusic.com zestawieniu najlepszych folk/pagan/viking metalowych albumów wszech czasów Gathered… zajął czwarte miejsce. Ciężko stwierdzić, na ile wielkim autorytetem w dziedzinie obiektywnej oceny płyt (o ile takowa w ogóle ma miejsce w tym świecie) jest wyżej wspomniany człowiek, niemniej jednak znak to, iż ostatnie podrygi Szwedów w wielu kręgach zyskały zrozumiałe poważanie. I ja się do tego grona podłączam.

Żal tylko, że panowie Stefan i Karsten rozwalili kapelę, wyczuwając, iż bardziej komercyjne granie – jak sama nazwa wskazuje – może przynieść większe komercyjne zyski i założyli znany i szanowany do dziś (a może nie?) Falconer. Cóż, miejmy nadzieję, że kiedyś do idei Mithotyn powrócą…