Światem rządzi paradoks

Świat ten, pomijając, że w swym zagmatwaniu dziwny i niezrozumiały, pełen jest paradoksów. Ciężko bowiem inaczej określić status brytyjskiego kwintetu. Z jednej strony, jeśli ktoś zwie się fanem wszelkiej maści folkmetalowych dźwięków i kapeli nie zna, winien okryć się hańbą wieczną i niewybaczalną (dobra, pewnie przesadzam. Ale naprawdę wypadałoby znać.). Z drugiej jednak, owa powinność nie przekłada się do końca na popularność wyspiarzy. Może się mylę, ale czy pionierzy jakiegoś gatunku nie powinni być, no, czy ja wiem… bardziej kultowi? Nie twierdzę rzecz jasna, że status Brytyjczyków porównywalny jest do osiedlowej (niekoniecznie dobrej) sławy mojego sąsiada i jego rozstrojonej gitary. Spójrzmy jednak na konkretne przykłady. Prawie pięćdziesiąt lat temu, gdy wszyscy myśleli, że największym szaleństwem, jakie może przytrafić się światu są Mick Jagger i jego spazmatyczne ruchy, pewien gitarowy maniak z połamaną ręką i jego ekipa wywrócili ów świat do góry nogami. Do historii przeszli jako Black Sabbath. Idźmy dalej. Dziesięć lat później, kiedy zbuntowana gawiedź sikała jeszcze z podniecenia przy  Master of Puppets Metalliki, pewien długowłosy rebeliant w zaciszu swojego garażu już paktował z siłami nieczystymi, które to obdarzyły go mocą wypluwania najbardziej czarcich i śmiercionośnych riffów jakie kiedykolwiek nawiedziły tę ziemię. Mówili na niego Chuck Schuldiner. Wszyscy wiemy, że taki Skyclad wyżej wymienionym nie jest nawet godzien papierem tyłka podcierać. A jednak, oni też zapisali się w historii jako pionierzy. Folkmetalowi. Z tym tylko, że ich pionierskość szybko została przyćmiona innymi, mniej lub bardziej sprawnie wycinającymi bandami.

3

W pełni świadomy kierunek

Jednakże pomimo – wciąż nie całkiem dla mnie jasnych – kłopotów z osiągnięciem należytego statusu w folkowym świecie, Skyclad zdołał popełnić kilka rzeczy, które dziś uznawane są za kultowe. Jedną z takowych z pewnością jest czwarty album Brytyjczyków, Prince of the Poverty Line. Wydawnictwo, które w największym jak dotąd stopniu zawierało coś, co ktoś potem nazwał folk metalem. O ile w pierwszych trzech płytach Skyclad można się (słusznie) pokusić o te folkowe wpływy, tak tutaj mamy już do czynienia z tworem niemalże całkowicie świadomym, pewnym obranego muzycznego kierunku.

Nie ma lekko

Album światło dzienne ujrzał 22 marca 1994, a więc w czasach, gdy klasyczny death metal powoli niknął ze światowych salonów a nieświadomi nadciągającego kataklizmu kraciastokoszulaści wciąż jeszcze wylewali krwawe łzy (ciężko stwierdzić, czy buntu, czy depresji i niepogodzenia się z mrocznym światem może) przy Nevermind. Musieli być wyspiarze świadomi, że atakowanie publiki taką muzyką niekoniecznie będzie wiązać się z chwałą i sławą. Mimo to, płytę wydali. I rzec trzeba, że było to ze wszech miar trafne posunięcie.

skyclad

I narodziło się arcydzieło

Wypuszczony nakładem niemieckiego giganta, Noise Records, Prince of the Poverty line okazał się być najlepiej sprzedającym się krążkiem w historii zespołu. Jedenaście (w podstawowej wersji; w bonusowej dorzucono jeszcze trzy, w tym cover Emerald Thin Lizzy) przemyślanych, umiejętnie skonstruowanych kompozycji, stanowiących esencję ciężkiego, doprawionego folklorem grania. Chwytliwe gitary, energetyczny wokal i rozważnie dozowane, wplecione w odpowiednie miejsca melodie. Jak napisał kiedyś recenzent portalu metal-observer.com: „Opisanie Skyclad przy pomocy kilku słów jest równie trudne, jak nie sprawiedliwe, ponieważ istnieje niewiele zespołów, które można uznać za tak oryginalne, które naprawdę trzeba usłyszeć, żeby wyrobić sobie o nich obraz.  Dlatego Prince of the Poverty Line polecany jest dla każdego metalowca!”  Czy trzeba coś więcej dodawać?

Drobna refleksja na koniec

I czasem tylko nachodzi mnie myśl, co by było, gdyby Skyclad w tytule płyty nie posłużył się królem, a księciem, i to jego kartę miast waleta umieścił na okładce. Może ludziska  jeszcze bardziej by się na nich poznali, uznając, że King to jednak musi coś znaczyć? Diamondowi się udało.