Z debiutami tak to czasem bywa, że chwytają z miejsca i od razu wynoszą kapelę na muzyczne panteony, przynajmniej pod względem ilości ludu na koncertach i sprzedanych kopii. Niestety, Agalloch do tego rodzaju bandów z pewnością nie należał. Debiutancki album ekipy z Portland niezbyt zachwycił ówczesny muzyczny półświatek, u przeciętnego słuchacza wywołując raczej odruch wymiotny niż podziw.

1933

Zanim jednak do całej sprawy doszło, Amerykanie – jak w przypadku znacznej większości początkujących kapel – musieli wpierw połupać trochę w odmętach domowych piwnic i przydomowych garaży, aby ktokolwiek chciał zwrócić na nich uwagę. A że mieli w sobie od groma zapału i energii, już kilka miesięcy po sformowaniu nagrali swoją pierwszą taśmę demo, zatytułowaną From Which of This Oak. Dość blackowe, mniej folkowe, z pewnością progresywne. Materiał do paru uszu dotarł, skład się rozrósł, to i zainteresowanie dźwiękami ekipy zaczęło wzrastać. W ten oto sposób, roku pańskiego 1998 do drzwi Amerykanów zapukała raczkująca wtedy jeszcze wytwórnia The End Records. A szansy na wydanie pełnoprawnego długograja pod skrzydłami bądź co bądź profesjonalnej stajni panowie przegapić nie chcieli.

Palle Folklore ostatecznie ujrzał światło dzienne 6 czerwca 1999 roku, na przekór zbliżającemu się latu proponując muzyką zdecydowanie bardziej mroczną i klimatyczną. Jak zdążyłem wspomnieć wyżej, dość śmiałe pomysły Johna Haughma w większości przypadków skomentowano co najmniej źle, jeśli komukolwiek w ogóle chciało się w tej sprawie zabierać głos. Płytę otwiera nastrojowy, klimatyczny szum wiatru. Szybko zostaje jednak „przecięty” gitarowym arpeggio, które spokojnie mogłoby posłużyć za intro do Hells Bells II, o ile takowe pewna niemłoda już zgraja Australijczyków kiedyś nagra. Z typowo blackmetalowych wpływów mamy tu jedynie dość charakterystyczny growl, ewentualnie wolne tempa. Znacznie więcej zaś jest przestrzeni, patentów żywcem wziętych z rocka progresywnego, przyprószonych nieustannie kreowanym klimatem. Niekonwencjonalne zagrywki w rodzaju wstawek z żeńskim, operowym wokalem, rozbudowane solówki i fragmenty instrumentalne, ciekawie podawane riffy. A wszystko to podlane sosem w postaci – może jeszcze nie do końca ukształtowanego, ale już powoli słyszalnego – unikalnego brzmienia, które Amerykanie w tym krótkim czasie zdążyli już sobie wypracować.

agalloch-3-veleda-thorsson-big

Nie ulega wątpliwości, że Palle Folklore nie może równać się ze swoją następczynią w postaci The Mantle, niemniej jednak trudno nie docenić roli i wkładu debiutu Agalloch w rozwój sceny pagan/folk. Dzisiaj, po siedemnastu latach od premiery album jest już dużo bardziej doceniany, niż to miało miejsce na przełomie millenium, a słuchacze (w tym niżej podpisany!) bez ryzyka narażenia się na śmieszność wymieniają go jako co najmniej bardzo dobry. Zdecydowanie polecam. I żal tylko, że ostatecznie skład się w tym roku posypał… John Haughm nie spoczął jednak na laurach, na gruzach swojego najwspanialszego dziecka zakładając nową kapelę o nazwie Pilloriam. Buńczuczne zapowiedzi ogłaszają: „Umarł król, niech żyje król!”. Miejmy nadzieję, że nie mijają się z prawdą…