15 i 16 sierpnia 2014 odbyła się w Brennej II Słowiańska Noc Folk Metalowa – festiwal w ramach IV Dni Dawnych Kultur. Zachęceni ubiegłorocznym sukcesem organizatorzy postanowili tym razem rozbudować imprezę o dodatkowy dzień oraz znacznie powiększyć liczbę zespołów, pojawiło się ich bowiem aż dwanaście. Festiwal zapowiadał się naprawdę znakomicie, nie mogło więc zabraknąć przedstawiciela naszej redakcji.

Pojawiłem się na miejscu pierwszego dnia po godzinie 16:00. Jako że był to mój pierwszy festiwal w Brennej, zaskoczyły mnie rozmiary całego przedsięwzięcia. Niemal w każdym zakątku miejscowości można było napotkać miłośników folk metalu, a także licznych turystów kręcących się głównie po lokalnym jarmarku. Był także niewielki, ale robiący wrażenie obóz historyczny, zajmowany przez grupę rekonstruktorów. Centrum wszystkiego stanowił amfiteatr, pod którym powoli zbierająca się publiczność oczekiwała na rozpoczęcie koncertów.

Około godziny 18:00 na scenie pojawił się Velesar, znany głównie wśród publiki jako dawny wokalista Radogosta, który zapowiedział występ pierwszego zespołu – grupy Othalan ze Śląska. Kapela ta powstała w 2012 roku i mimo krótkiego czasu istnienia ma już na swoim koncie album EP oraz kilka wygranych konkursów muzycznych. Othalan rozpoczął swój występ intrem, które wprowadziło słuchaczy w klimat kolejnych utworów. Ludzie, napływający stale z okolicy, mogli w czasie tego koncertu usłyszeć niemal wszystkie autorskie utwory z płyty Przedświt, takie jak Kowal czy Ondraszek, a także kilka nowszych. Słuchaczom szczególnie przypadła do gustu aranżacja Kołysanki Piastowskiej, którą według przekazów śpiewać miała Dobrawa małemu Bolesławowi Chrobremu. Zespół popisał się także bardzo ciekawym wykonaniem szwedzkiego utworu ludowego Herr Mannelig. Uwadze osób, które doszukiwały się mankamentów, na pewno nie uszedł brak jednego z instrumentalistów zespołu, co jednak nie wpłynęło na bardzo pozytywny odbiór całego występu, wyrażony głośnym aplauzem publiki po ostatnim utworze.

Kolejnym zespołem występującym pierwszego dnia był mielecki Time of Tales. Grupa powstała już w roku 2009, jednak dopiero od niedawna zyskuje coraz większą popularność wśród polskich fanów folk metalu. Muzycy pojawili się na scenie w pełnym składzie i po krótkiej próbie dźwięku rozpoczęli koncert. Zespół zagrał cały repertuar z wydanej w tym roku EP-ki Enter the Gates, a także kilka innych numerów. Szczególną uwagę należy zwrócić na zagrany po raz pierwszy utwór I Will Dance On Your Grave Tonight, bardzo ciepło przyjęty przez coraz liczniej gromadzących się pod sceną ludzi. Nie jestem wielkim miłośnikiem coverów, jednak trzeba przyznać, że Vodka autorstwa Korpiklaani w wykonaniu Time of Tales brzmi naprawdę znakomicie, jednak publika mam wrażenie czekała na zupełnie inny numer, co dało się słyszeć w licznych okrzykach „Liar, Liar!”. Zespół spełnił prośbę zgromadzonych na sam koniec swego występu, czym wywołał prawdziwą euforię pod sceną. Osobiście nie odnotowałem żadnych mankamentów w występie mieleckiej kapeli – świetny wokal i ciekawe melodie odgrywane na flecie doprawione ostrymi gitarami sprawiają, że Time of Tales słucha się naprawdę bardzo dobrze.

Trzecim zespołem tego wieczoru była stołeczna Morhana. Utworzona w 2006 roku grupa ma już za sobą dwie demówki, album EP oraz występy z takimi zespołami jak Korpiklaani, Alestorm czy Turisas, a w tym roku szykuje się do wydania swojej pierwszej pełnej płyty. Muzycy wyszli na scenę około godziny 20:00 i po krótkim soundchecku zaczęli swój występ od Trolls on the Sea. Ciężkie riffy połączone z delikatnymi melodiami granymi na flecie i skrzypcach od razu spotkały się z pozytywnym odbiorem publiczności. Kapela zagrała między innymi takie utwory, jak: Dreamland, Mgła czy When the Earth Was Forged, a szczególnie ciepło przyjęty został numer The Traveller, podczas którego niemal wszyscy pod sceną wsparli muzyków śpiewając z nimi refren. Warto tutaj także zwrócić uwagę na wyjątkowo dobry kontakt zespołu ze zgromadzonymi pod sceną, szczególnie od drugiej połowy występu. Grupa była wyluzowana, widać po niej było długoletnie doświadczenie sceniczne i choć nie obyło się bez drobnych problemów (głównie technicznych), jej występ należy uznać za bardzo udany. Morhana opuściła deski amfiteatru w Brennej ok. 21:10, ustępując miejsca gwieździe piątkowego wieczoru.

Na ostatni koncert przyszło nam niestety czekać naprawdę długo. Welicoruss pojawił się co prawda na scenie około 21:15, jednak próba dźwięku bardzo się przeciągnęła i niestety występ rozpoczął się dopiero około 22:10. Rosyjska formacja zagrała jedynie cztery utwory: Bridge of Hope, Kharna, Voice of Millennium oraz Sons of the North. Przyjechałem do Brennej z bardzo pozytywnym nastawieniem do muzyki tej grupy, więc muszę przyznać, że osobiście byłem nieco rozczarowany tym, co dane mi było usłyszeć. Przede wszystkim zespół przyjechał bez keyboardzisty, więc w zasadzie na wstępie mogliśmy się pożegnać ze wszystkimi „folkowymi” wstawkami, jakie występują w jego twórczości. Mam także wrażenie (oby mylne), że w trakcie występu odtworzony został podkład wspierający muzyków, co w mojej ocenie zabija autentyczność muzyki na żywo. Mimo tych mankamentów zespół porwał publikę, która żywiołowo wspierała rosyjskich muzyków przez cały koncert. Należy także zwrócić uwagę na świetny image sceniczny Welicoruss, którego brakowało często pozostałym kapelom, grającym zarówno pierwszego, jak i drugiego dnia imprezy.

Występ rosyjskiej formacji zakończył się o 22:30, czas więc było się rozejść i oddać rozrywkom niezawartym w godzinowej rozpisce festiwalu. Drugi dzień II Słowiańskiej Nocy Folk Metalowej zapowiadał się przynajmniej równie ciekawie, jak pierwszy…

Koncerty kolejnego dnia rozpoczęły się o godzinie 17:00. Całość ponownie zainaugurował Velesar, zapowiadając występy aż ośmiu kapel. Zauważalną różnicą względem dnia poprzedniego było nagłośnienie, lepsze przynajmniej o klasę – na scenie pojawiła się linia, a pod nią znalazło się miejsce dla rządka subbasów.

Drugą część imprezy rozpoczęła grupa Square Moon, w której skład wchodzi między innymi Bartek Tabak, znany z występów w Radogoście. Pochodzący z Mysłowic zespół został założony w roku 2008 i zapowiedziano go jako jedyną formację nie grającą folk metalu, która wystąpiła na imprezie. Trzeba przyznać, że muzyka grupy naprawdę wpada w ucho, mimo że może nie jestem największym fanem tego typu brzmień. W moim odczuciu największa uwagę przyciągał nieprzeciętny, okraszony lekką chrypą wokal, znakomicie wpasowujący się w ciężkie gitarowe riffy prezentowane przez zespół. Grupa zagrała niemal cały repertuar ze swojego albumu Musaiq, nie pomijając takich utworów, jak Left Behind czy Unholy War. Niestety, Square Moon, podobnie jak wiele innych zespołów otwierających długie imprezy, nie mógł od samego początku liczyć na tłumy pod sceną, szczęśliwie w miarę rozwoju sytuacji napływało pod nią coraz więcej ludzi. Szczególną furorę wśród zgromadzonych zrobiła zapowiadana przez zespół niespodzianka. Na scenie pod koniec występu pojawił się ponownie Velesar, tym razem jednak w roli wokalisty. Wspólnie z zespołem wykonał on numer Not For War, znany z repertuaru Radogosta. Trzeba przyznać, że patent ten sprawdził się wyśmienicie, a dwóch wokalistów i lekko zmieniony aranż wprowadziły powiew świeżości i z pewnością przypadły do gustu fanom obu zespołów. Ostatecznie, by nie słodzić za bardzo, warto wspomnieć, że przy całym znakomitym zapleczu muzycznym, Square Moon mógłby popracować nad ruchami scenicznymi, gdyż tego w mojej ocenie nieco zabrakło.

O godzinie 18:00 scenę zajął Helroth. Warszawska formacja istnieje od 2012 roku i ma już na swoim koncie kilka większych koncertów oraz debiutancki album EP. Mimo krótkiego stażu zespół jest więc dobrze rozpoznawalny na polskiej scenie folkmetalowej. Siedmioro muzyków rozpoczęło swój występ od Prząśniczki – jednego z pierwszych upublicznionych utworów kapeli. Podczas występu grupa zaprezentowała wszystkie numery z wydanego w ubiegłym roku albumu EP, nie zabrakło jednak także numerów spoza niego, jak choćby Wilcza Jagoda czy Kwiat Życia. Tradycyjnie już największą euforię publiczności wywołała Wataha, jednak z niemal tak samo pozytywnym odbiorem spotkał się także zagrany na koniec cover Satisfaction. Warto na koniec zwrócić uwagę na image sceniczny zespołu, który może się podobać lub nie, jednak jest bardzo spójny i od pewnego czasu stał się wizytówką warszawskiej formacji. Helroth opuścił scenę około godziny 19:00.

Kolejnym zespołem, który miał wystąpić tego wieczoru był Cruadalach. Powstała w 2008 roku czeska formacja od pewnego czasu jest coraz częstszym gościem na koncertach w naszym kraju. Grupa ma już na swoim koncie kilka wydawnictw, między innymi album Lead – Not Follow, a już wkrótce ma się ukazać najnowszy krążek kapeli, zatytułowany Rebel Against Me. Cruadalach prezentuje stosunkowo ciężką odmianę gatunku z licznym folkowym instrumentarium (skrzypce, flet, dudy, szałamaja, whistle), które w ciekawy sposób kontrastuje z mocnym męskim wokalem. Szczerze przyznam, że kiedy słyszałem grupę po raz pierwszy w warszawskiej Proximie jej brzmienie zdało mi się ubogie i niezbyt ciekawe, w Brennej przeżyłem więc bardzo pozytywne zaskoczenie. Zespół wyrobił się niesamowicie, zarówno brzmieniowo, jak i scenicznie. Zaprezentował on numery niemal z całego przekroju swojej twórczości, skupiając jednak dużo uwagi na najnowsze kompozycje, jak choćby Stuff that Matters. Jak wspomniałem nie zabrakło także numerów starszych, jak choćby Vrásčitá czy Cruadalach. Zespół w mistrzowski sposób potrafił także nawiązać kontakt z publicznością, która w naturalny sposób włączyła się w przebieg koncertu, reagując na każdą interakcję ze strony czeskiej formacji. Mnie osobiście najbardziej urzekły podziękowania Cruadalacha dla wszystkich polskich zespołów, z którymi dane mu było do tej pory zagrać. Koncert zakończył się około godziny 20:00.

Silent Stream of Godless Elegy (SSOGE) wkroczyli na scenę po swoich rodakach, by wykonać próbę dźwięku. Zespół ten jest jednym z najbardziej doświadczonych, jakie miały okazję wystąpić podczas całej II Słowiańskiej Nocy Folk Metalowej. Powstał bowiem w roku 1995, a na swoim koncie ma już pięć pełnych albumów oraz dwie nagrody Czeskiej Akademii Muzycznej. Grupa prezentuje znacznie spokojniejsza odmianę folk metalu niż jej poprzednicy. Chwilowo zatem publiczność została oderwana od szybkich, skocznych rytmów i w spokoju mogła wsłuchać się w znakomite kompozycje formacji zza południowo-zachodniej granicy. Te na żywo miałem okazję słyszeć po raz drugi i muszę przyznać, że za każdym razem mam to samo wrażenie – muzyka ta zyskuje bardzo wiele na koncercie. Refren Skryj Hlavu do Dlaní jak zawsze wywołał u mnie przyjemny dreszcz, natomiast wśród publiczności najlepiej przyjęty został utwór Tańczyłabym, śpiewany po polsku. Warto także wspomnieć, że zespół w dużej mierze porozumiewał się ze zgromadzonymi pod sceną w naszym języku, czym z pewnością zaskarbił sobie wiele sympatii. Podsumowując muszę przyznać, że absolutnie nie dziwi mnie duża popularność grupy u naszych sąsiadów i rosnąca rozpoznawalność w naszym kraju. Znakomite współgranie dwóch wokali, do tego stonowany, gitarowy podkład i dopełniające wszystkiego brzmienie skrzypiec i wiolonczeli sprawiają, że jest to muzyka, której naprawdę chcę się słuchać zarówno na koncertach, jak i w zaciszu domowego ogniska.

Thy Worshiper to zespół, który powstał w roku 1993 we Wrocławiu. Po trzech latach aktywności grupa zawiesiła działalność, by wznowić ją w roku 2005 w Dublinie. Muzyka Thy Worshiper oscyluje pomiędzy pagan a folk metalem, jednak słyszalne są w niej także wpływy bardzo wielu innych gatunków. Grupa zaczęła grać około 21:45 i niemal w tym samym momencie na głowy wszystkich zgromadzonych lunął deszcz. Spowodowało to znaczny wzrost zagęszczenia pod sceną, gdyż wszyscy usiłowali schronić się pod dachem amfiteatru. Zespół rozpoczął przyjemnym dla ucha, klimatycznym intrem, w czasie którego znalazło się jeszcze trochę czasu na ostatnie poprawki image’u scenicznego. W swojej setliśćie grupa wymieszała głównie utwory z albumów Czarna Dzika Czerwień (jak Żniwa czy Piach) oraz Popiół (Wśród Cieni i Mgieł oraz tytułowy Popiół). Pojawił się też numer Czarny, który w mojej ocenie spotkał się z najlepszym przyjęciem przez zgromadzonych pod sceną. Thy Worshiper był kolejnym zespołem, który nieco zwolnił tempo, jednak publika bawiła się naprawdę znakomicie przy jego nastrojowej muzyce. Jedyną rzeczą, nad którą w mojej ocenie grupa powinna popracować, jest kontakt z publicznością. którego brakowało w zasadzie przez cały występ.

Przerwę między kolejnymi występami uprzyjemnił nam fireshow w wykonaniu Teatru Ognia „Inferis”. Grupę możemy kojarzyć między innymi z występu w teledysku Watra Radogosta. Trzeba przyznać, że występ, mimo drobnych mankamentów, był naprawdę bardzo przyjemny dla oka i stanowił znakomity przerywnik między koncertami.

Szóstym zespołem, który tego wieczoru pojawił się na scenie był doskonale wszystkim znany gospodarz festiwalu – Radogost. Grupa ma w swoim dorobku dwa pełne albumy, a także liczne koncerty na terenie kraju i poza jego granicą. Nie tak dawno grupa przeżyła krótkotrwałe przetasowania składowe, o których pisaliśmy wcześniej. Zespół wyszedł na scenie w pełnym, pięcioosobowym składzie i zaczął grać około godziny 22:50. Jak można było się spodziewać po powrocie do poprzedniego wokalu, zespół wybrał głównie starszy repertuar, nie zabrakło zatem takich utworów, jak Dar Czarnego Licha, Niechaj Stanie Się Dzień czy Tam Skąd Pochodzę. Publiczność najlepiej przyjęła Klnijmy Się na Słońce, wspierając zespół wokalnie, a jedynym utworem z anglojęzycznego arsenału zespołu była Watra. Grupa zagrała także jeden numer nieznany wcześniej publiczności, niestety, jego nazwy nie udało mi się wyłapać. Trzeba przyznać, że występ Radogosta wypadł naprawdę znakomicie – publiczność została rozgrzana do czerwoności i wszyscy oczekiwali więcej, jednak, ku niezadowoleniu zgromadzonych, zespół musiał opuścić scenę po 30 minutach grania, około 23:20.

Przedostatnim zespołem tego wieczora był Saltus. Jest to grupa grupa o długoletnim doświadczeniu scenicznym, doskonale rozpoznawalna wśród metalowej publiczności. Pod sceną, mam wrażenie, zmienił się nieco skład publiki, która dość szybko rozpoczęła silny doping – niemal po każdym numerze polskiej grupy dało się słyszeć skandowanie jej nazwy. Saltus zagrał około ośmiu utworów, między innymi: Duch Ciemnych Borów, Słowiańska Duma, czy przyjęty przez zgromadzonych szczególnie ciepło Perunie Prowadź, wykonany na końcu koncertu. Występ grupy należy zaliczyć jako znacznie cięższy i bardziej surowy od wszystkich pozostałych, w mojej ocenie nie do końca pasujący do tego, co dane mi było usłyszeć wcześniej, jak i później. Zespół zszedł ze sceny po północy, a do swojego występu zaczęła przygotowywać się gwiazda wieczoru.

Zwieńczeniem drugiego dnia, jak i całej II Słowiańskiej Nocy Folk Metalowej była węgierska formacja Dalriada. Grupa istnieje od 1998 roku i ma na swoim koncie siedem pełnych albumów, a od pewnego czasu zyskuje coraz większą popularność na terenie naszego kraju. Siedmioosobowy skład wyszedł na scenę w charakterystycznych dla siebie, stylizowanych na dawne strojach. Muzyka grupy wśród miłośników gatunku powoduje bardzo różne opinie, jednak większość docenia znakomitą w moim odczuciu pracę zespołu z publiką. Każdy muzyk stara się być w nią zaangażowany, nawet perkusista miał mikrofon, przez który zagadywał zgromadzonych. Nie zabrakło nawet życzeń urodzinowych dla niejakiej Ramony z publiczności. Muzycznie występ oceniam bardzo dobrze, szczególnie wyróżniał się tutaj świetny moim zdaniem wokal Laury Binder, zaś największym mankamentem było bardzo złe nagłośnienie dud i fletu, których w zasadzie nie było słychać, gdy włączały się do nich gitary i perkusja. Dalriada wykonała łącznie siedem utworów, w tym Ígéret oraz wywoływany wśród tłumu przez znaczną część koncertu Hajdútánc, i zeszła ze sceny około godziny 01:35.

II Słowiańska Noc Folk Metalowa zakończyła się wraz z ostatnim pojawieniem się na scenie Velesara w roli konferansjera. Podsumowując należy powiedzieć, że organizatorzy wykonali naprawdę kawał dobrej roboty, świetnie w większości dobierając kapele i organizując dodatkowe atrakcje, jak choćby pokaz fireshow. Były jednak aspekty, które w mojej ocenie warto poprawić podczas kolejnych edycji imprezy. Zwrócić należy uwagę, że długości występu niektórych kapel, na które ludzie celowo zjechali z całej Polski, były nierzadko krótsze od długości trwania ich prób dźwięku. Wina leży tu głównie po stronie kapel, które doskonale wiedziały, ile czasu bytności na scenie dostają i same nie były w stanie tego dopilnować. Ostatecznie należy jednak powiedzieć, że impreza wyszła naprawdę znakomicie i każdy fan folk metalu powinien się na niej pojawiać regularnie.

II Słowiańska Noc Folk Metalowa