Wydawałoby się, że czasy The Police i Petera Gabriela minęły bezpowrotnie. Nic bardziej mylnego. Rock w stylu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wraca do łask – i to w odświeżonym, nowatorskim wydaniu. Nawet folk ma w tym swój udział.

Magic Square to trójka pełnych energii, zakochanych w rockowych brzmieniach muzyków. W iście rock’n’rollowym stylu, przy trunku w barze, Mateusz Gawron (perkusja, chórki) Franciszek Banet (gitara, główny wokal, chórki)
i Michał Ziaja (gitara, chórki) postanowili połączyć siły. Jak sami twierdzą, kierowała nimi wielka potrzeba kreacji, stworzenia czegoś wielkiego, oryginalnego. Ich drugie spotkanie odbyło się już w studiu; od początku zdawali sobie sprawę,  że owoce ich działalności – jak i sama współpraca – to swoista mieszanka wybuchowa. Rok później ukazała się – w wersji elektronicznej –  pierwsza EP zespołu pt. „Drifting Away”. Czas przekonać się, czy chłopaki dobrze ro(c)kują…

EP składa się z czterech utworów: „Crushing my head”, „Drifting Away”, „Pocałunek Breżniewa” i „Drifting Away” (reprise). Przyznam szczerze, że rock był mi sterem i okrętem wiele lat temu; choć uwielbiam go do dziś, w moich głośnikach zdecydowanie dominują gatunki takie jak folk, folk metal i country, toteż szybko skusiłam się na podróż do świata, który pachniał mi brzmieniami wybieranymi przeze mnie w czasach nastoletnich – Stingiem, Gabrielem, a gdzieniegdzie nawet Gunsami. Moją ciekawość zaostrzyła dodatkowo informacja, że w utworach można usłyszeć skrzypce. Część chłopaków udziela się zresztą w projektach folkowych, więc byłam nastawiona na rewolucję.

Nie zawiodłam się, ponieważ Magic Square od pierwszego utworu daje popalić soczystymi riffami, bardzo zróżnicowanymi i złożonymi liniami perkusji oraz wokalem, który igra ze słuchaczem i nie pozwala mu na nudę, bo mamy tu zarówno elementy deklamacji, sporo stonowanych, delikatnych nut, jak i solidną chrypę. Wprawdzie wolę go w odsłonie solowej niż chóralnej, która też gdzieniegdzie się pojawia, jednak w wielu momentach i chórki dodają materiałowi sporo przestrzeni i lekkości. Muzycy z jednej strony postawili na minimalizm, puszczając w eter zaledwie cztery kompozycje, z drugiej – słychać, że wykorzystali sto pięćdziesiąt procent swoich umiejętności, bo każdy dźwięk jest dopracowany, dopieszczony, wyciśnięty jak cytryna, lecz kwasu nie ma. Choć członkowie Magic Square określają swoją twórczość mianem progresywnego rocka, materiał jest na tyle misterny, że ta matryca zdaje się gdzieniegdzie zbyt ciasna, a połączenie świetnych linii skrzypiec, delikatnych brzmień z ognistym graniem sprawia, że słuchacz otrzymuje od chłopaków oryginalną muzyczną hybrydę, skomplikowaną w swojej strukturze,
a jednocześnie całkiem lekkostrawną. Choć utwory są pod względem wykonawczym na równym (zdecydowanie wysokim) poziomie, moje ucho zdobył „Pocałunek Breżniewa”, który prezentuje umiejętności artystów w pełnej krasie, a pojawiające się w nim ambitne solówki gitarowe w pewnym momencie skojarzyły mi się z Toccatą i fugą d-moll Bacha. Na docenienie zasługują też niebanalne teksty – zarówno w języku polskim, jak
i angielskim.

„Drifting Away” to nie tylko dawka solidnego rocka w stylu lat siedemdziesiątych (a jednak nowatorskiego), lecz także rasowego brzmienia, bo realizacja materiału robi wrażenie. W obliczu tego zaskakiwać mogą dodatkowe ślady pracy w postaci dźwięków wyciszanych pieców, jednak – jak stwierdzają sami muzycy – zależało im na zachowaniu maksymalnej naturalności. Z tego też względu zaufali wyłącznie swoim umiejętnościom, bo materiał obszedł się bez ingerencji w postaci autotune’a.

Czy było warto? Przekonajcie się sami, myślę jednak, że owo przekonywanie nie potrwa długo, bo „Drifting Away”
z pewnością zasługuje na miano mocnego debiutu,  dzięki któremu chłopaki nieźle namieszają w świecie progresywnego rocka – i nie tylko.

W trakcie słuchania materiału przyszła mi do głowy myśl, że muzykom do instrumentarium przydałoby się jeszcze pianino. Byłoby dobrym kompanem szczególnie dla delikatniejszych brzmień, takich jak w „Drifting Away” (reprise). Po cichu liczę na ten instrument –w przyszłości. Może się nie przeliczę…?