Kiedy dwa lata temu białoruski Molat wydał swoją trzecią płytę, byłem nią szczerze, mocno i mile zaskoczony, szczególnie że wcześniejsze nagrania średnio do mnie przemawiały. Kiedy w tym roku panowie bez ostrzeżenia wypuścili kolejny album od razu w pamięci stanął mi geniusz poprzedniego, i cóż – oczekiwania były wysokie. Może za wysokie.

Ujmę to tak. Albumem Pahaniaj da nowaje ery panowie bardzo wysoko zawiesili sobie poprzeczkę. Z kolei przy Molatakryż udało im się, owszem, owej poprzeczki sięgnąć, nawet się nieco na niej podciągnąć, ale nie ma mowy o jej przeskoczeniu, a co dopiero zawieszeniu jeszcze wyżej. Ale, żeby nie było – to wciąż świetna płyta. Trochę mniej porywająca, mniej wciągająca w porównaniu do poprzedniej, ale wciąż bardzo dobra. Ciężko mi stwierdzić, co właściwie mi nie pasuje – może nieco mniejsza, że tak to ujmę, przebojowość materiału; może fakt, że utwory nie porywają od razu (a niektóre wcale); może się czepiam. Dość powiedzieć, że ostatecznie łyknąłem materiał dopiero po drugim przesłuchaniu i początkowo byłem bliski w ogóle pozostawienia go na pastwę losu – na szczęście nie popełniłem tego, jak się miało okazać, błędu.


Pierwszą i najważniejszą różnicą względem poprzednich nagrań są trochę bardziej złożone kompozycje. Utworów jest mniej, ale są nieco bardziej zróżnicowane, panowie pokombinowali też z wykorzystanie dud i innych piszczałek, które stały się dla ich muzyki bardzo charakterystyczne, a w niektórych partiach wykorzystano je w dość pomysłowy sposób (np. Antimraz). Również wokale pozornie ewoluowały – mamy tu zaśpiewy czyste, blackmetalowe wrzaski, deklamacje (świetnie to wypada w Triccataja), a nawet cały utwór po angielsku (Warriors of my race – chociaż akurat wypada to jak dla mnie trochę komicznie – artykulacja i barwa głosu wokalisty w połączeniu z językiem angielskim powodują, że utwór brzmi jak jakieś pirackie barachło typu Alestorm). Napisałem pozornie, bo tak naprawdę owa „ewolucja” to raczej powrót do korzeni i stylistyki z płyt wcześniejszych. W ogóle niektóre fragmenty mocno zalatują początkami działalności (Garadski Partizan) czy nawet Apraxią (wcześniejszym projektem Białorusinów). Bardzo ciekawie wypada Ballada o nastojaszczej żenszinie, całkowicie zaaranżowana na akustyczne gitary i instrumenty dęte. Jednak najlepszy utworem z całego albumu jest – paradoksalnie – kawałek, który najmocniej kojarzy się z płytą poprzednią, czyli Załaty zolak (na cześć pewnego greckiego ugrupowania politycznego) – aż szkoda, że reszta utworów zwykle mu nie dorównuje jeśli chodzi o siłę ekspresji. Nie mniej jednak, tradycyjnie u Molata jest podniośle, agresywnie i bitewnie – muzyka zawarta na Molatakryżu nadaje się w sam raz do rozbijania w bitewnym szale kontrmanifestacji przeciwnika.

Podsumowując – jeśli nie wchodzi od razu, proponuję spróbować za razem drugim i trzecim, bo warto. Mimo moich początkowych utyskiwań Molat po raz kolejny udowadnia, że scena białoruskiego folk/pagan metalu jest bardzo silna i jest na najlepszej drodze do zdeklasowania scen rosyjskiej i ukraińskiej, o ile już tego nie zrobiła. Oczywiście, jeśli ktoś jest politycznie wrażliwy, to nie polecam, ale nikt nie mówił, że będą rurki z kremem. Без Сожаленья!

Ocena: 8/10