Stało się. Munruthel powrócił z nowym albumem, niebędącym ścieżką dźwiękową do żadnej gry, a pełnoprawną kontynuacją kultowej „Ery Wodnika”, wydanej jeszcze w 2005 roku. Sam Munruthel przyznał, że nie interesuje go robienie czysto metalowej muzyki, stąd album jest dość zróżnicowany. Czy to dobrze? Zapraszam do recenzji.

Od razu warto zaznaczyć, że Munruthel nie kontynuuje marszu ścieżką obraną na „Erze Wodnika”. Owszem, pewne elementy są natychmiast rozpoznawalne, ale tu artysta szukał czegoś innego. Wspominam o tym, bo ja sam wpadłem w pułapkę porównań. Co dostałem?

Otóż kilka tygodni przed premierą udostępniono wraz z teledyskiem utwór tytułowy, który – mimo iż rewelacyjny nie był  – rokował całkiem pomyślnie. Prezentował stylistykę dość odmienną od wcześniejszych metalowych dokonań Munruthela, natomiast kilka bardzo charakterystycznych elementów pozostało. Jak się jednak miało okazać, był to jeden z najlepszych utworów na płycie, bo ta – jako całość – już nie zrobiła na mnie tak pozytywnego wrażenia. Co nie znaczy, że jest fatalnie. Zaczyna się nieźle i do pewnego momentu tendencja ta utrzymuje się. Epickie intro przechodzi w bardzo dobry utwór, jakim jest „Rolls of Thunder from Fiery Skies”/„Raskaty Groma z Agniennych Niebies”. Szczególnie świetnie wypadają w nim spokojniejsze partie z damskimi wokalami i smykami, całość ogólnie jest bardzo na plus. Następny w kolejce jest utwór  tytułowy – najlepszy chyba na płycie. Doskonała, wielowątkowa kompozycja, z której aż biją ogień i emocje. Ktoś powiedział, że tekst w połączeniu z teledyskiem przypomina mu „Earth song” niejakiego Króla Popu. Ja się z tym nie zgodzę, ale ludzie mają różne skojarzenia…
Dalej pojawia się bardzo folkowy, ale zarazem epicki „The Mown Dawns Lie on the Ground”/„Pod Nogami Rasswiety Skoszeny” z gościnnym udziałem Maszy z wiadomego zespołu. To kolejny bardzo dobry utwór, który świetnie „wyhamowuje” w następny jakim jest „The Age of Heroes”/„Wremia Gierojew” – kompozycja ambientowa, pod koniec przechodząca w bitewny marsz. I tu tak jakby kończy się pewien rozdział owego albumu; do tego momentu mogę go z czystym sumieniem zarekomendować. Dalej jest nieco gorzej, chociaż i ta propozycja Munruthela z pewnością znajdzie swoich zwolenników.

Zaczyna się od coveru Bathory. Tu niestety jestem uprzedzony w swojej ocenie – dokonań pana Quorthona nigdy nie trawiłem i pan Munruthel raczej tego nie zmieni. Ale, obiektywnie rzecz biorąc, utwór wypada nieźle, natomiast odnoszę wrażenie, że wciśnięto go na siłę, bo pasuje do całości albumu jak przysłowiowa pięść do nosa. Być może chodziło o oddanie hołdu, jeśli tak – to udało się to bardzo dobrze i jak dla mnie kawałek brzmi lepiej niż oryginał, chociaż tym stwierdzeniem pewnie wydam na siebie wyrok.
Potem dostajemy jeszcze dwa „standardowe” utwory – nieco powermetalowy z początku „Eyes of Abyss”/„Glaza Biezdny” z bardzo miłą folkową wstawką w środku (mnie kojarzy się z ostatnim albumem Molata, ewentualnie z In Extremo) oraz niestety dość nijaki (choć z początku obiecujący) „Carpathian’s Shield”/„Karpatskij Szczit”. Gdyby ta płyta skończyła się w tym miejscu, więcej bym nie marudził, natomiast kolejne trzy utwory – dodatkowy kwadrans muzyki – sprawiają wrażenie naprawdę już wrzuconych na siłę. Instrumentalny metal („Krada I: The Blood”/„Krow”) niestety do mnie nie trafia, a następne dwie części owej suity to już muzyka ilustracyjna, przywodząca na myśl ścieżki dźwiękowe. I o ile są to utwory naprawdę dobrze zrobione, to ich obecność jest zastanawiająca, bo wiele do albumu nie wnoszą. Ale może to ja się nie znam?

 

Co więc dostajemy? Dość ambitny miszmasz gatunkowy, który raz poraża świetnym klimatem, raz męczy rozwlekłą i nieprzemyślaną aranżacją; czasem wlewa w słuchacza płomienne emocje, czasem śmiertelnie go nuży. Co prawda pozytywne momenty zdecydowanie dominują nad słabymi, ale Munrthel chyba chciał powiedzieć za dużo na raz, tak muzycznie, jak i koncepcyjnie. Efekt końcowy na pewno znajdzie swoich zwolenników, ja pozostaję wobec niego lekko sceptyczny. Naprawdę, pierwsze pięć utworów łykam bez popitki, potem różnie to bywa. Płytę mogę polecić jednak z czystym sumieniem, jeśli ktoś lubi mieszankę folk, power i pagan metalu. Orkiestracje stoją tu na wysokim poziomie, podobnie elementy ludowe. Metal, skądinąd świetnie zagrany (solówki!), czasami nieco na tym traci – gitary zdają się być w tle w stosunku do tych wszystkich ozdobników i smaczków, ale z drugiej strony rozumiem zamysł i zamierzony eklektyzm. Mógłbym co prawda użyć w stosunku do tej płyty słowa „przekombinowana”, jednakże mam wrażenie, że ona po prostu potrzebuje więcej czasu, dzieło to wszak bardzo ambitne. Tak czy inaczej – polecam, ale póki co ocena taka, a nie inna.

Ocena: 8 / 10

PS. Płyta dostępna jest w dwóch wersjach językowych i ZDECYDOWANIE polecam tę słowiańskojęzyczną. Angielski do tej muzyki po prostu nie pasuje.