Z jakiegoś powodu, nasza Najjaśniejsza Rzeczpospolita nie ma szczęścia do zespołów łączących metal z wpływami ludowymi. Jeśli już takowe mamy, są one albo słabe, albo nieznane. Nie żebym narzekał na ten drugi fakt, ale przekłada się on na narzekania malkontentów, którym za trudno jest poszukać głębiej niźli w mętnej toni głównego nurtu – a w rezultacie promuje się właśnie radośnie w nim pływającą słabiznę. Netherfell co prawda aspiruje raczej do miana zespołu głównonurtowego, ale mimo wielu wad wypada na tle reszty mieszkańców akwenu o wiele lepiej.

Okładka neterfel

Zacznę od wad. Po pierwsze, brzmienie. Rozumiem, co chcieli osiągnąć muzycy, ale jak na mój gust niebezpiecznie zbliżyli się do miernoty pokroju Eluveitie. I żeby było jasne, nie piję tu do jakości brzmienia (która pozostaje wysoka), tylko jego specyfiki. No, ale dla wielu pewnie będzie to atutem, więc niech będzie. Druga, poważniejsza wada, to pewna miałkość muzyki Netherfell. Brak w tym wszystkim przekonania, zbyt często miałem wrażenie, że coś jest robione pod publiczkę lub na siłę – może muzycy po prostu jeszcze się docierają w swojej stylistyce, nie wiem. Nie są to w końcu amatorzy. Na mnie demo sprawiło jednak wrażenie mało autentycznego, przede wszystkim pod względem przekazu. Tak jakby ktoś chciał robić coś na fali mody, nie bardzo wiedząc, co właściwie robi; lub może wiedząc, ale jedynie powierzchownie. Wprawdzie wypowiedzi muzyków w przeprowadzonym przeze mnie wywiadzie zdają się temu częściowo przeczyć, nie mniej jednak jakiś niesmak pozostał – słusznie lub nie. Być może jest on też spowodowany faktem, że muzycy o wiele lepiej zdają się czuć w przeważających na płycie „klimatach” celtyckich, aniżeli rodzimych. Osobiście nie jestem też fanem łączenia nowoczesnego death metalu z ludowymi wtrętami, więc poczytuję to na minus, acz bez wpływu na ocenę.

Ale demo „Okryte zapomnieniem” robi ogólnie dobre wrażenie, szczególnie na tle pewnych wynalazków, które wykluły się nam w ostatnim czasie. Zaczyna się nastrojowym, choć nieco sztampowym intrem, które przechodzi w agresywnego Upiora kurhanu. Jest agresywnie, słychać inspirację zachodnim folk metalem; w rezultacie jest niezbyt „słowiańsko”, za to pojawiają się liczne wtręty symfoniczno-bitewne, które pewnie przypadną do gustu fanom „popularnego” folkmetalu. Sytuacja zmienia się na lepsze w „hicie” zespołu, do którego nakręcono nawet teledysk – mowa o kawałku Mokosz, który już brzmi bardziej swojsko. Inna sprawa, że nie wiem jak się to udało grupie, ale niektóre ludowe instrumenty brzmią chwilami jak wtyczki VST – chyba przegięto z ich produkcją. W utworze dominuje damski wokal, całość „wpada w ucho” i ogólnie jest nawet fajnie. Materiał kończy Fire of demise, w którym zespół wraca do klimatów zachodnioeuropejskich, a do tego – nie mam pojęcia po cholerę – zdecydował się na wokale po angielsku. Słaby zabieg, chociaż sam utwór wypada całkiem ciekawie – szczególnie praca skrzypiec świetnie komponująca się z dynamiką aranżacji.

Nie można panom i pani z Netherfell odmówić pewnej dawki profesjonalizmu i kunsztu. Z pewnością jest to zespół dość „oryginalny” jak na polskie warunki, szkoda tylko, że jego oryginalność wynika w dużej mierze z bezrybia w tym nurcie. Ja mam tylko nieodparte wrażenie, że bardziej niż komponują, muzycy zespołu momentami kopiują pomysły zachodnich kapel. Może jestem uprzedzony, może robią to nieświadomie, może taki mieli zamysł – ale w zbyt wielu momentach Okryte zapomnieniem brzmi jak dowolny zespolik folk metalowy z zachodu. Praca gitar, instrumentarium ludowego, a nawet wokale jedynie wzmagają to wrażenie. Dla wielu pewnie będzie to ogromnym plusem. Ja jednak wolałbym, żeby rodzimi muzycy inspirowali się wzorcami rodzimymi, bo jeśli polski folk metal ma brzmieć jak imitacja skandynawskiego, to chyba lepiej, jak w ogóle go nie będzie. Mimo wszystko, wróżę Netherfell pewien lokalny sukces. Zobaczymy, co pokażą na kolejnych wydawnictwach.

Ocena: 6/10