Na debiutancką płytę Othalan czekałem jak na mało który album folkmetalowy. Po dość długim oczekiwaniu – pełen nadziei i jednocześnie niepewności przez utwory, które pojawiły się już jakiś czas temu w internecie – zastanawiałem się, czy warto było czekać.

Ale od początku
Na początek chciałbym poświęcić kilka słów świetnej okładce; oryginalna, piękna, nowoczesna i tradycyjna jednocześnie. Styl graficzny bardzo mi się skojarzył z EP’ką eksperymentalnego black metalu Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi – Korpus Czechosłowacki; niecodzienne skojarzenie. Jednak miasto się zgadza – Katowice.

Ale nie okładka ma być przede wszystkim poddana ocenie, lecz muzyka. Na początku nie ma fajerwerków; klasyczne, klimatyczne Intro przy którym – jak zwykle – dałem się kupić i zaintrygowany „poleciałem” dalej
z albumem.

Powiew świeżości
Podoba mi się fakt, że Othalan odświeżył swoje stare piosenki, takie jak Czarnobóg czy Omen. Pozwoliło mi to się cieszyć tymi pieśniami na nowo. Nie zostały jednak zmienione o sto osiemdziesiąt stopni; cały czas wiedziałem, co to za piosenka, przy której wciskałem na YouTube przycisk „replay”. Odświeżenie utworów dało im jednocześnie więcej tego „górskiego” (i nie tylko) klimatu. Przyznam, że poprzednie wersje niektórych utworów nie podobały mi się (stąd ta niepewność), a teraz słucham ich z wielką przyjemnością. Zabieg jak najbardziej na plus.

Nie ma rzeczy idealnych
Nie lubię rapu… Kowal jest moim zdaniem najgorszą – i jedyną słabą – piosenką na albumie; będąc pochłonięty świetnym klimatem, nagle – niczym wiadro zimnej wody – dane mi było usłyszeć rapowanie, przez co musiałem na nowo, od kolejnego utworu „zagłębiać” się w tę atmosferę; słyszałem już wcześniej tę piosenkę, i miałem nadzieję, że tego nie będzie. Jednak wybaczam jak najbardziej, reszta albumu w najgorszym wypadku jest dobra, a w najlepszym Po krańce gór posiada wszystko, co lubię w tworach folkmetalowych. Czyli taki strzał w dziesiątkę pod moje gusta. Ale o tym później…

Poza Kowalem, w moim osobistym doznaniu znajduje się jeszcze jedna wada na płycie; mianowicie produkcja. Potężny wokal Agnieszki Suchy – genialny swoją drogą, ale o tym też potem – zagłuszał partie gitarzystów. A szkoda, bo część solówek, chwytów wyjątkowo mi się podobała.

Nie bijcie mnie, przejdę do zalet
Cały album trzyma wysoki poziom; chwytliwe melodie, bogactwo instrumentów, świetne wokale, refreny, które na długo zostają w pamięci… Długo by wymieniać, album ma wiele smaczków, których typowy mieszkaniec dużego miasta (na przykład ja) zapewne nie wyłapie – Po krańce gór jest sobie włączyć najlepiej… właśnie w górach. Wydaje mi się, że tylko wtedy mógłbym się cieszyć tym albumem w stu procentach.

Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o moich ulubionych momentach z tego albumu; najlepszej piosenki nie podam, ponieważ musiałbym wymienić połowę pieśni z albumu. Może Ondraszek, Wieża i Ojców Dom są moimi faworytami, chociaż zapewne po opublikowaniu tego tekstu będę mówił o innych utworach w ten sposób. Mocną stroną są spokojniejsze, powolniejsze songi; Kołysanka Bałtycka oraz wcześniej wspomniany Ojców Dom bardzo przypadły mi do gustu, i często wracam do ich odsłuchiwania. W Czarnobogu, na końcu utworu,  nastał moment, który przyprawił mnie o dreszcze, ponieważ wywołał u mnie miłe wspomnienia; przypomniało mi się wtedy, jak byłem jeszcze dzieckiem, odkryłem folk metal i z wypiekami na twarzy słuchałem kolejnych zespołów
z tego gatunku. Cieszy mnie to, że nie tylko podczas słuchania Czarnoboga miałem takie odczucia (nostalgii?); podczas intra oraz refrenu w szóstym utworze, jakim jest Żeglarzy Pieśń, oraz w drugiej połowie Ondraszka (za krótka jest ta piosenka, chcę więcej!) – cieszę się, że Othalan przypomniał mi, dlaczego zostałem wielkim sympatykiem folk metalu. Dziękuję im za to.

Lecz czy warto było czekać?
Cały czas, kiedy słuchałem debiutanckiego albumu Othalan, czułem wielkie podobieństwa do In Extremo; pierwszych dokonań tej niemieckiej legendy folkmetalowej słucham wręcz na kolanach. Niestety, ich ostatnie twory uważam za o wiele gorsze od starszych – powiedziałbym nawet, że są słabe. Othalan co prawda gra trochę inaczej, jednak dobrze wypełniają moją pustkę po „utracie” In Extremo.

Katowice – miasto, które jest dla mnie stolicą polskiego Black Metalu; Furia, Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi, Massemord i wiele, wiele więcej. Pojawił się Othalan. Od teraz Katowice będę kojarzył z black metalem oraz pewnym zespołem folkmetalowym, który w moim osobistym zestawieniu jest w czołówce polskich przedstawicieli tego gatunku – Othalan. Mimo tych niewielu wad, które dane było mi dostrzec, mogę rzec, że warto było czekać.