21 marca tego roku był dniem wyjątkowym, nie ze względu na pierwszy dzień wiosny czy dzień wagarowicza, ale przede wszystkim dlatego, że odbył się wtedy po raz pierwszy w Polsce słynny Paganfest. Miejsce dobrze wybrane, Kraków, południowe centrum Polski, można było spodziewać się ludzi zjeżdżających z całego kraju. Cena biletu wyniosła 99zł co nie jest raczej wygórowaną stawką za 6 zespołów folk metalowych z najwyższej półki (+ death’owe Unleashed). Wiele osób miało pretensje do organizatorów, że tegoroczny skład festiwalu jest słaby w porównaniu z poprzednimi edycjami gdzie występowały Ensiferum, Fintroll czy Eluveitie (ten ostatni występował też w tegorocznej rozszerzonej edycji – 6 koncertów). Jednak po zapoznaniu się z rzekomo nieznanymi zespołami, można było się przekonać, że słabo na pewno nie będzie.

Niestety już od samego początku można było zaobserwować problemy z organizacją, godzina o której klub miał zostać otwarty była wielką niewiadomą, na jednych biletach była 17, na innych 18. Wiele ludzi wybrało godzinę pośrodku i przyszło na 17:30. Okazało, że bramy zostały otwarte parę minut po 18. Kolejki nie były duże, od początku można było zauważyć, że frekwencja będzie mała.

Pierwszy zespół – Kivimetsän Druidi wyszedł na scenę bardzo szybko, (ok. 20 minut po otwarciu, może nawet szybciej), dlatego żeby dostać się pod barierki nie było potrzeba specjalnego wysiłku. Kapela zagrała żywiołowe połączenie folk metalu z przeplatanym kobiecym wokalem oraz męskim growlem. Muzyka bardzo dobra na rozgrzewkę, pasująca do pogańskiego klimatu festiwalu. Mimo energicznych ruchów wokalistki zabawę rozpoczęło niewiele zgromadzonych osób, większość podziwiała z daleka. Druidzi z Finlandii grali ok. 30 minut. Dostali nieliczne lecz gorące oklaski. Wszyscy oczekiwali na następne zespoły.

Przybyło trochę nowych oglądających, zrobiło się więcej ludzi pod sceną. Drugi zespół – Arafel z Izraela (gdzie muzycy posiadają wschodniosłowiańskie korzenie a wokalista – Helge Stang – ex-Equilibirum pochodzi z Niemiec) grający połączenie black metalu z folkiem o wiele bardziej przypadł publiczności do gustu. W większości była to zasługa urodziwej skrzypaczki, która wydawała się być duszą zespołu. Na wokal też nie można było narzekać, Helge Stang z Equilibrium spisał się znakomicie, widać, że dobrze czuje się w nowej kapeli. Arafel w większości zagrał szybkie i agresywne kawałki z dodatkiem skrzypiec, które niestety ledwo co było słychać. Bardzo dobrze wypadł trochę lżejszy instrumentalny utwór „The Last Breath Of Fire”. Widać, że w zespole drzemie potencjał, chętnie się ogląda takie występy.

Następną kapelą jaka pojawiła się na scenie był Varg, solidny pagan metal, który w dorobku posiada już 3 krążki. Dało się zauważyć, że zespół jest odrobinę popularniejszy od poprzednich, niektórzy też przyszli w Varg’owych koszulkach. Teraz ciężko było się wcisnąć pod barierki, jednak ludzi wciąż było mało, tyły bardzo luźne (gdzie podziali się ludzie z Eluveitie, które grało pół roku temu w tym samym miejscu?). Muzyka Varga opiera się na ciężkich, rytmicznych i zapadających w pamięć riffach oraz growlu. Członkowie zespołu aby uwypuklić pogański wizerunek pomalowani zostali na czerwono. Zagrane kawałki były raczej tymi najpopularniejszymi: „Blutaar” czy „Viel Feind Viel Ehr” oraz z najnowszego albumu „Wir sind die Wölfe” i końcowy zabójczy riff „Wolfskult”. Występ trwający ok. 40 minut został bardzo dobrze przyjęty przez publiczność.

Czwartym zespołem był Moonsorrow, potężny przedstawiciel folk metalowej sceny, którego chyba nie muszę przedstawiać. Klimat jaki wytworzył zespół na długo pozostanie w pamięci, wspaniałe wejście, dało się zauważyć, że to zespół z doświadczeniem, wiedzący co robi. Utwory grane przez Moonsorrow są rozległymi kompozycjami, często przekraczającymi 10 minut, dlatego ciężko byłoby usłyszeć więcej niż 5 kawałków. Szczególne poruszenie wywołał utwór „Sankaritarina”, tłum zdawał się podłapać początkowe chórki i zaśpiewał razem z muzykami. Na koniec usłyszeliśmy długi i nastrojowy „Kuolleiden maa”, który to zakańcza ostatnie wydawnictwo zespołu (Varjoina Kuljemme Kuolleiden Maassa – premiera 21 lutego 2011r.). Muzycy bez słowa zniknęli ze sceny pozostawiając za sobą tajemniczą atmosferę. Występ bez wątpienia zrobił wrażenie na publiczności, dało się usłyszeć skandowanie „Moonsorrow”. Osobiście był to dla mnie najlepszy zespół na tym Paganfeście.

Death metalowe Unleashed było przedostatnią kapelą festiwalu. Niektórzy zastanawiali się co robi taki zespół na „pogańskim festiwalu”, jednak lirycznie Unleashed często nawiązuje mitów związanych z wikingami. Wątpliwości rozwiał także sam koncert, porządna dawka death metalu doświadczonej machiny mocno rozruszała publiczność. Doskonały kontakt z tłumem potwierdził klasę zespołu. Ciekawe gesty na scenie (toast z wikingowego rogu) dodały występowi pogańskiego aromatu.

Po godzinnej batalii z Unleashed przyszedł czas na gwiazdę wieczoru – Korpiklaani. Od początku byłem sceptycznie nastawiony do występu, gdyż ostatnie wydawnictwa zespołu nie zachwycają. Specjalnie dla Finów, scena została przyozdobiona w sztuczne zielone drzewka i inne pogańskie atrybuty. Korpiklaani swój występ zaczęło od kawałka z nowego albumu „Päät Pois Tai Hirteen”, skoczny i melodyjny jak na folk metal przystało. Jednak od razu rzuciła mi się w oczy statyczność zespołu (czyżby panowie za mało wypili?). Publiczność zdawała się tego nie zauważać i pogrążyła się w atmosferze zabawy. Kapela skupiła się na nowych utworach: „Tuoppi oltta”, standaryzowana „Tequila”, „Ukon Wacka”. Nie zabrakło także popularnej „Vodki” i „Juodaan Viinaa” z albumu „Karkelo”. Osobiście ucieszyło mnie zagranie wolniejszego „Mettänpeiton Valtiaalle”. Ostatnim numerem szamanów z Finlandii było jeszcze raz „Beer Beer”, którego podwójne granie na polskich koncertach staje się powoli tradycją. Po zejściu kapeli wiele ludzi oczekiwało bisu, ale jednak Finowie już się nie pojawili.

Podsumowując, Paganfest zespołowo wypadł bardzo dobrze, mogliśmy podziwiać u siebie solidną dawkę folk (i death) metalu na światowym poziomie. Jednak od strony organizacji i frekwencji, zawiedliśmy. Szczerze wątpię w odbycie się u nas następnej edycji, ale nadzieję zawsze warto mieć…