Epic heavy doom folk metal. Brzmi egzotycznie? Trudno chyba byłoby zgodzić się ze stwierdzeniem, że taka mieszanka nie wiąże się z ryzykiem. A jednak lubelska kapela Black Velvet Band ryzyka się nie boi. 11 grudnia bieżącego roku światło dzienne ujrzała płyta pt. Pożoga, wydana przez wytwórnię Art of the Night Productions. Jest to już drugi długogrający album wypuszczony przez tę formację. Przygotujcie się na solidną dawkę mocnych wrażeń, bo to nie jest łatwa płyta.

zdjęcie

Za każdym razem, kiedy zabieram się za jakąkolwiek recenzję, przesłuchuję oceniany album kilka razy; pierwszy „odsłuch” pozwala mi bardzo ogólnie zapoznać się z danym materiałem, natomiast po kolejnych przesłuchaniach już wiem, z czym go się je i jak go ugryźć – mniej lub bardziej boleśnie. Odpaliłam Ruiny, pierwszy utwór na płycie, usadowiłam się wygodnie w fotelu i sięgnęłam po kubek z parującą kawą. Zza uchylonego okna dochodziły radosne okrzyki dzieciaków grające w piłkę i szum wiatru, jednak – nieświadoma tego, co miało mnie spotkać za chwilę – nie spodziewałam się, że odgłosy te będą mi zakłócały odbiór.

Mniej więcej w połowie pierwszego numeru uświadomiłam sobie, że coś jest nie tak. Świecące mi prosto w twarz słońce i tętniące miasto w tle zaczęły mnie drażnić. O stygnącej przed monitorem kawie zupełnie zapomniałam. Zamknęłam okno, spuściłam rolety i powróciłam do słuchania. Zgrzyt. Coś mi podpowiadało, że to nie ten rodzaj płyty, która pozwoli mi na – nawet chwilowy – brak koncentracji. Chór na początku Ruin robi wrażenie. Należy bowiem nadmienić, że na płycie Black Velvetów pojawiają się również goście specjalni – Weronika Kijewska (wiolonczela), Michał Waszczyk (fortepian), Paweł „Hoodee” Chyła (gitara elektryczna), Żeński Zespół Wokalny „Sine Nomine” i Męski Zespół Wokalny „Kairos”. Uważam jednak, że wstęp jest nieco przydługi; zdaję sobie sprawę, że Ruiny to utwór prawie siedmiominutowy i proporcje muszą być zachowane, jednak numer nie straciłby na wartości, gdyby partie chóru odrobinę skrócić. Nie zmienia to jednak faktu, że pieśń ta to kawał solidnego metalu, bo jest ciężko, różnorodnie i ambitnie, szczególną uwagę zaś chciałabym zwrócić na bardzo dobrą, zróżnicowaną perkusję, a przede wszystkim na pralkę, pojawiającą się gdzieś w połowie utworu. No i mocny, zachrypnięty głos Jaromira, który brzmi tu naprawdę monumentalnie.

Nowa Krew. „Znów czuję dreszcze”. No, ja też czuję, co tu dużo mówić. Choć utwór ten znałam już wcześniej, jako że zespół udostępnił go swojego czasu na YouTube, tym, którzy jeszcze nie mają w swych rękach albumu, zdradzę, że odrobinę się w tym numerze pozmieniało… ale będę złośliwa i nie napiszę, co, lepiej samemu się przekonać. Nadmienię tylko, że warto. Muszę jednak przyczepić się realizacji – momentami mam wrażenie, jakbym słuchała dźwięków, które wybrzmiewają gdzieś hen, w oddali.

Lećmy więc dalej, skrzydła się przydadzą, wbrew tytułowi kolejnego utworu. Nie mamy skrzydeł pozwala mi na zapoznanie się z bogatą paletą barw Jaromira, który – choć potrafi nieźle dołożyć do pieca – wie też, kiedy trzeba przygasić ogień, żeby nie doszło do pożaru; przyznam jednak, że osobiście wolę go w ostrzejszych partiach, których też tu nie brakuje. Wokal Jaromira przywodzi mi na myśl zespoły, których namiętnie słuchałam jeszcze kilka lat temu, jak choćby KAT i Hunter (wątek ten rozwinę jeszcze później). Bardzo dobra dykcja bez trudu pozwala mi na wsłuchanie się w tekst utworu – a jest czego słuchać, choć przyznam, że zmodyfikowałabym kilka fraz – „korzenie”, „krew naszych przodków” trącą mi banałem, co gryzie się z muzyką, która – z tego, co na razie słyszę – wydaje mi się absolutnie niesztampowa. Fantastyczna, wysmakowana partia gitary elektrycznej, bardzo melancholijna i emocjonalna.

To teraz czas na cios. Nie będę się długo rozpisywać na temat Kołowrotu, bo tego trzeba posłuchać. Dla mnie ta pieśń (tylko to określenie mi tutaj pasuje) to absolutny top tego albumu. Kołowrót lokuje się gdzieś na pograniczu dwóch światów, realnego i nadprzyrodzonego, a obcowanie z jednym i drugim w tym utworze to prawdziwa przyjemność. Jest w nim coś uniwersalnego, ponadczasowego, a tekst, niezwykle dojrzały i głęboki, to prawdziwe ukoronowanie dzieła.

Teraz już rozumiem, dlaczego płyty BVB nie da się słuchać ot, tak, przy sprzątaniu pokoju czy uczeniu się na egzamin. W tym materiale trzeba się zatopić. Zamieć to bardzo refleksyjny, smutny utwór, okraszony rzewnym dźwiękiem smyczków. Chociaż… chyba zbyt pochopnie użyłam określenia „smutny”. Numer dzieli się na dwie części; pierwsza obrazuje zastój, stagnację, marazm; okazuje się jednak, że śmierć nie jest wrogiem niepokonanym. Im bliżej finału, tym utwór bardziej rośnie w siłę – dosłownie. Śpiący rycerze się budzą, przekuwając swój sen w swoiste chansons de geste. Łatwo dać się zwieść melancholijnym tonom z początku Zamieci, na szczęście w porę zorientowałam się, co w trawie piszczy, bo inaczej chyba okryłabym się kołdrą śniegu i pogrążyłabym się w rozpaczy, miast pisać dalej.

Mamona. Iluż śmiałków dało jej się wpuścić w maliny? Wielu z nas poszukuje Eldorado – i nigdy go nie znajduje.  Z Tej Ziemi Powstałem to nie piosenka, to manifest. Bardzo ciężki, wymowny, gęsty kompozycyjnie. Myślę jednak, że pomimo nietypowej struktury utwór dobrze się sprawdzi na koncertach, bo są tam fragmenty świetnie nadające się do „młynów” pod sceną. „Tysiące czarnych słońc” to motyw łatwo wpadający w ucho, który rozentuzjazmowana publika z pewnością chętnie zaśpiewa wraz z formacją. Osobiście odnoszę jednak wrażenie, że utwór jest w swej „konstrukcji” trochę zbyt rozczłonkowany, poszatkowany, z co poniektórych fragmentów można by właściwie wyłuskać nowe, niezależne kawałki. Trzeba jednak powiedzieć, że w Z Tej Ziemi… wyczuwalny jest doskonale ten pierwiastek „epic”, który pozwala Black Velvetom dookreślić gatunek, w jakim się poruszają. Utwór jest niezwykle potężny, słuchając go, odnoszę wrażenie, jakbym znajdowała się w gigantycznej katedrze, której przestrzeń wypełniają dźwięki organów.

Czas szybko płynie… Imperium, zwieńczenie Pożogi. W warstwie tekstowej trochę za dużo słońc, ojców i kamieni. Muszę jednak stwierdzić, że pod względem muzycznym jest to chyba najbardziej złożony, skomplikowany utwór na tym albumie. Bardzo dobrze dobrani goście specjalni, którzy nadali temu „finałowi” niezwykłego klimatu. Czuję gdzieniegdzie w Imperium klimaty zespołu Era, który bardzo lubię – zapewne w dużym stopniu przyczyniły się do tego kapitalne partie chóru.

I już. Koniec. Muzyka Black Velvet Band wybrzmiała w ciszy, nie docierają do mnie żadne bodźce zewnętrzne. I co ja mam z tym zrobić? Wypadałoby mi jakoś podsumować ten album, a uwierzcie mi, nie jest to łatwe. Cóż, trzeba jednak sprostać wyzwaniu, jakie postawiła słuchaczom ta lubelska kapela.

Podczas rozmaitych dyskusji na temat polskiego folk metalu często pojawiają się zarzuty, że twórczość zespołów cechuje wtórność i schematyczność. Cóż tu w obliczu tego powiedzieć o epic heavy doom folk metalu? Ktoś mógłby stwierdzić, że to tak nieschematyczne, że aż chaotyczne, za mało sprecyzowane, enigmatyczne. Warto jednak zwrócić uwagę, że BVB, określając w ten sposób swoją muzykę, nie używają ukośników bądź innych znaków, które mogłyby sugerować, że czerpią z tych gatunków „zamiennie”. Nie podejrzewam jednak Black Velvetów o brak świadomości językowej i rozumiem, że chcieli przez to pokazać, że wiedzą, kim są.                                                                                                               

A wiedzą. Nie da się bardziej precyzyjnie określić gatunku tej muzyki niż przez pojęcie epic heavy doom folk metalu. Zresztą, nie dywagacje na temat gatunku są tu najistotniejsze, to tylko poboczna ścieżka, nie główny szlak. Trzeba jednak powiedzieć, że chłopakom rzeczywiście udało się stworzyć coś nowatorskiego, absolutnie autorskiego, co w folkmetalowym nurcie nie jest łatwe. Nie da się Black Velvetów porównać do żadnego innego (przynajmniej z tych polskich) zespołu folkmetalowego, a jeśli miałabym już porównać, wybrałabym formacje spoza tego kręgu, jak choćby stary KAT czy Hunter.  Czuć w utworach BVB „ocean łez” z  NieRaju czy „korale wspomnień”, o których tak pięknie śpiewał KAT, toteż polecam twórczość chłopaków nie tylko miłośnikom folk metalu sensu stricto, ale także fanom wymienionych przeze mnie zespołów, bo klimat albumu momentami jest do nich zbliżony.

Trudno uplasować Pożogę w tradycyjnej skali, która pomaga (przeszkadza?) w ocenieniu danego albumu; płyta Black Velvet Band w jakimś sensie mi się wymyka, jest nieuchwytna, enigmatyczna. Nie jest to album, który nie zostawia śladu w słuchaczu. Reasumując, muszę powiedzieć, że jestem zaskoczona dojrzałością niniejszej płyty, biorąc pod uwagę, że stworzyli go ludzie stosunkowo młodzi. Czuć jednak w Pożodze świadomość muzyczną, wyczucie i doświadczenie. Na uwagę zasługują też teksty – pomijając kilka kwestii, które tu wytknęłam, są to jedne z najlepszych tekstów na polskiej scenie folkmetalowej – okraszone niemałą dawką filozofii, przemyślane i wartościowe, w których nie znajdziemy czczego gadania o dupie Maryny i córce młynarza (swoją drogą, bardzo folkowy motyw, nieprawdaż?). Zbliżając się do końca niniejszej recenzji, przyczepię się trochę do struktury kompozycyjnej, jako że płyta jest bardzo gęsta, ciężka, a przy tym „obciążona etycznie” – do tego stopnia, że momentami brakowało mi oddechu, który można byłoby złapać przy czymś lżejszym, przełamującym mroczny, podniosły klimat, towarzyszący słuchaczowi przez cały album.

Zdaję sobie jednak sprawę, że czasami taka dawka wrażeń jest potrzebna. Nie brakuje w muzycznym świecie brzmień lekkich, łatwych i przyjemnych. Czasami należy zatrzymać się – i podumać. Pożoga nadaje się do tego idealnie. Jest to płyta niezwykle inteligentna – to chyba przede wszystkim stanowi o jej wartości, podobnie jak to, czego nie da się powiedzieć o wielu zespołach – ten album ma duszę.

Black Velvet Band. Wiedzą, kim są. I tyle wystarczy.

A teraz otwieram okno.

9/10

Fotografia pochodzi z facebookowego profilu zespołu:

https://www.facebook.com/blackvelvetbandpl/photos/pb.126884003990486.-2207520000.1450634351./1129645613714315/?type=3&theater