Czy historia może zaciekawić nawet kompletnych laików? Może jeżeli dodalibyśmy do niej metalowe brzmienie oraz gdyby opowiadała o naszych przodkach, walczących o przetrwanie swojej pogańskiej wiary? Przedstawiam Svantevita – kolejną już płytę zespołu Percival Schuttenbach! 

Szczerze się przyznam, że jest to pierwszy mój kontakt z lubińską grupą. Wyłącznie dzięki naszemu Redaktorowi Naczelnemu (OŻW!) historia Słowian połabskich stała się dla mnie mniej mglista, niż do tej pory. I muszę stwierdzić, że ich walki z duńskim najeźdźcą, mroczne rytuały i przewijające się gdzieś w tle wiły, strzygi i utopce są bardzo interesujące. Szczególnie podane w porządnym, mocno przyprawionym heroicznością, metalowym sosiku.

Jak oni śpiewają?

Sama płytka to zaledwie 8 utworów, około 48 minut. Czy to dużo, czy mało? Dla mnie idealnie – nie ma uczucia przesytu, jakże częstego wśród długaśnych płyt. Bardzo podobały mi się klimatyczne chórki – drogie panie wokalistki mają naprawdę świetne głosy. Za to panowie… Panowie mają troszkę gorsze. I nie wiem, czy jest to kwestia dykcji, czy spapranego masteringu, ale często zagłuszają ich inne instrumenty. Growl też jest nieco wymuszony, podobny raczej do charczenia, niż czegoś, czym można straszyć starsze panie w obowiązkowych berecikach.

 

 

Zagraj to jeszcze raz, Sam

Zupełnie bez zarzutu moim zdaniem jest warstwa instrumentalna. Gitary – bardzo wyraziste, szybkie i agresywne, świetnie budujące epickość utworów. Instrumenty perkusyjne – satysfakcjonująco konkretne, mające w sobie moc, którą ceni się w metalu. Płytka odpalona z głośników ustawionych na maksimum, na przykład w bloku, koło godziny 23, z pewnością sprawi, że jakiemuś sąsiadowi tak się spodoba wyrazisty rytm, iż zacznie go wybijać na kaloryferach. A co z folkowymi wtrętami, zapytacie. Jak najbardziej obecne! A to ckliwie zabrzmią skrzypce, potęgując tragedię zbezczeszczenia posągu Svantevita, a to głos zabierze wiolonczela, uspokajając na momencik utwór, nie mówiąc już o jakże częstych fujarkach, pomagających słuchaczowi wczuć się w „starodawność” opowiadanych historii. Poza instrumentami w utworach możemy usłyszeć różne dźwięki natury – padający deszcz, szum morza, różnorakie pluski, trzaski, nawet burza się znajdzie. Bardzo sympatyczne dodatki.

Wszystko fajnie, ale czy warto?

Coś czuję, że Percival Schuttenbach na stałe zagości na mojej osobistej playliście. Ciekawe i melodyjne utwory, sprawne instrumentarium i świetny żeński wokal zdecydowanie do mnie przemawia. Zobaczymy, jak się sprawa będzie miała z innymi płytami, ale Svantevit na pewno nie zostanie zapomniany. Dobra robota, Percival!

 

9/10