Kolejna przedpremierowa recenzja! Jak ja to lubię. Tym razem zajmę się świeżutkim wydawnictwem od Eluveitie. Przychodzi mi pisać o płytce już znanej światu, gdyż wytwórnia kilka godzin później udostępniła ją również publicznie. W związku z tym moja uwaga będzie skupiona bardziej na ocenie krążka niż jego opisie.

Po dobrym, acz nieco mdłym albumie Helvetios, przyszedł czas na Origins. Co za płyta… Eluveitie po raz kolejny zaprezentowało swoim fanom niezwykle umiejętne połączenie folku i metalu. To zespół, który nie imituje melodii ludowych. Oni tworzą ich naturalną kontynuację, podtrzymując przy życiu kulturalne dziedzictwo. Czy tylko ja odnoszę wrażenie, jakby mieli w ekipie kogoś wykradzionego żywcem z kart historii, kto pokazywałby, jak grano w jego czasach? Materiał jest bardzo dojrzały i dobrze przemyślany. Na pewno ważną rolę w tym odegrał fakt, że jego przygotowanie trochę trwało: trzy piosenki już od pewnego czasu były prezentowane na koncertach (Sucellos, From Darkness), była zatem pewność co do ich dobrego przyjęcia przez odbiorców. Dwie inne (King, The Call Of The Mountains) zostały przedstawione wraz z teledyskami. Szczerze mówiąc uważam, że te cztery utwory… no dobra, Sucellos zamieniłbym na Celtos (za chwilę do niego wrócę)… są zdecydowanie najlepszymi daniami, jakie podano nam w tym wspaniałym bufecie. Nie chcę tym stwierdzeniem sugerować, że reklamowano płytę hitami, podczas gdy reszta jest w cieniu. Nie, tak nie jest. Pozostałe piosenki tworzą integralną całość wraz z wymienionymi. Jedne bez drugich nie miałyby swojej pełnej mocy. Ten album stał się po prostu doskonale kompletny właśnie poprzez wzajemne uzupełnianie się wszystkich kolejnych utworów. Co mogę powiedzieć o brzmieniu? Na albumie panuje doskonała równowaga między fragmentami ostrymi i łagodnymi, między wokalami Chrigela i Anny oraz – tradycyjnie już – między samymi instrumentami. Jakość produkcji również zasługuje na bezwarunkową pochwałę.

Pozwólcie, że krótko odniosę się do wybranych utworów. From Darkness to niezwykle wpadająca w ucho kompozycja, będąca na poziomie mojego niezmiennie ulubionego Everything Remains As It Never Was. Wspaniały utwór. Tuż po nim mamy Celtos, który jest bardziej celtycki nawet niż sami Celtowie. Został okrzyknięty nową Inis Moną. Czy się z tym zgadzam? Nie. To równie dobry utwór, lecz mający swą własną historię. Ramię w ramię z Inis Moną będzie dumnie reprezentować to, czym jest Eluveitie, a żadna z tych kompozycji nie odbierze ani odrobiny blasku drugiej. The Call Of The Mountains to piosenka, która w połowie albumu daje przyjemną odmianę dla uszu: tak jak było z A Rose For Epona, tutaj także mamy melodyjne arcydzieło z Anną Murphy za mikrofonem. Na koniec zostawiłem sobie utwór King, który powoduje u mnie niesamowity przypływ energii. Mistrzostwo rytmu, ciekawa i agresywna linia melodyczna, duże tempo. Tak mogę opisać ten utwór. Nie mogę się doczekać, aż usłyszę go na żywo.

https://www.youtube.com/watch?v=hb0Ot2wd-10

Recenzja ta niewątpliwie jest trochę inna od większości moich wcześniejszych. Musiałem zmienić formę, gdyż ten album jest po prostu niezwykle potężny, rozbudowany i długi, a na dodatek znany już publiczności, co skutecznie odbiera sens pisania w stylu przedpremierowym, do którego przywykłem. Moje kryteria oceny pozostają jednak niezmienne. Zwykłem oceniać bardzo surowo, o czym przekonał się Awakening od Frosttide, który uważam za najlepszy album roku 2013, a otrzymał ode mnie tylko 8.5(!). Aby krążek otrzymał 10/10, musi być tak dobry, że byłbym w stanie słuchać go codziennie przez pół roku i po tym nadal zabrałbym go ze sobą na bezludną wyspę. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że 10-tka chodziła mi po głowie, gdy decydowałem o ocenie dla Origins. Jak łatwo się domyślić, u mnie pełna nota jest absolutną rzadkością i na rynku folk metalowym tylko jeden album, którego recenzji nie miałem przyjemności pisać, ją otrzymał. I… tak pozostanie. Eluveitie nagrało płytę melodyjną, potężną i niewiarygodnie dojrzałą. Origins jest wspaniałe. Nie miałem jeszcze nigdy okazji pisać recenzji tak doskonałego wydawnictwa. Jest to album, który absolutnie każdy fan tego gatunku musi poznać. Osobiście wprowadziłbym go do pocztu sztandarowych wydawnictw folk metalowych, ale się spóźniłem: ten album jest tak mocny, że sam do tego pocztu się wdarł i to jeszcze przed premierą. Jednak, z pełną uczciwością wobec własnego sumienia, odmawiam wystawienia pełnej noty, nagradzając najnowszą produkcję Szwajcarów moją i tak rekordową oceną:

9.5 / 10

  • Guest

    Ciekawym jest fakt, że CELTOS to jest INIS MONA. Inis Mona wykorzystała
    refren starej bretońskiej szanty Tri Martolod a w Celtos została
    wykorzystana zwrotka tego samego utworu. W tym momencie stwierdzenie „Został okrzyknięty nową Inis Moną.
    Czy się z tym zgadzam? Nie. To równie dobry utwór, lecz mający swą
    własną historię.” jest nie do końca prawdziwe, bo oba kawałki są tak
    naprawdę kopią jednego i tego samego utworu. Proponuję recenzentowi
    zapoznać się szerzej z muzyką nie tylko folk metalową ale również i
    folkową, bo braki w tej drugiej dziedzinie odbijają się niewiedzą co do
    pierwszego gatunku. Sam album jest całkiem w porządku, trochę lekko
    nudnawy momentami, Eluveitie po raz wtóry kopiujue siebie. Szkoda, że na płytę nie poszła językowa wersja Call of the Mountain, gdyż jest ciekawsza niż ta angielska. 9,5/10 to zdecydowanie przesada w ocenie tego krążka.

  • Cersei

    Ciekawym jest fakt, że CELTOS to jest INIS MONA. Inis Mona wykorzystała
    refren starej bretońskiej szanty Tri Martolod a w Celtos została
    wykorzystana zwrotka tego samego utworu. W tym momencie stwierdzenie „Został okrzyknięty nową Inis Moną. Czy się z tym zgadzam? Nie. To równie dobry utwór, lecz mający swą
    własną historię.” jest nie do końca prawdziwe, bo oba kawałki są tak
    naprawdę kopią jednego i tego samego utworu. Proponuję recenzentowi
    zapoznać się szerzej z muzyką nie tylko folk metalową ale również i
    folkową, bo braki w tej drugiej dziedzinie odbijają się niewiedzą co do
    pierwszego gatunku. Sam album jest całkiem w porządku, trochę lekko
    nudnawy momentami, Eluveitie po raz wtóry kopiujue siebie. Szkoda, że na płytę nie poszła językowa wersja Call of the Mountains, gdyż jest ciekawsza niż ta angielska. 9,5/10 to zdecydowanie przesada w ocenie tego krążka.

  • ravi

    DWIE piosenki już od pewnego czasu były prezentowane na koncertach (Sucellos, From Darkness, The Nameless). Hmm, trzy?