„O, z Estonii!” – pomyślałem odpalając nowy album grupy Metsatöll, którą – przyznam bez ogródek – wcześniej znałem jedynie z nazwy. Trzy kwadranse później byłem wykończony zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Dlatego kluczowym słowem będzie tu „intensywność”.

Jeśli chodzi o muzykę, to abstrahując od miłej mi tamtejszej muzyki ludowej, Estonia kojarzy mi się głównie z Loits, które mimo świetnej oprawy wizualnej i odpowiadającej mi tematyki niestety pozostaje dla mnie niesłuchalne. Teraz ów niewielki kraj kojarzyć mi się będzie również z nawałnicą, którą prezentuje Metsatöll. Nawałnica to dobre słowo, bo przez trzynaście utworów panowie rzadko kiedy spuszczają z tonu czy zwalniają tempo. Czasami przypomina to Motörhead, czasami Skyforger, czasami bijatykę w karczmie. W sumie to najczęściej przypomina to ostatnie. W związku z tym nie bardzo wiem, co sensownego mógłbym tu napisać. Nie jest to folk metal typowy dla Wschodu, z masą piszczałek, fletów i innych dud; przepełniony romantycznym patosem i ludową skocznością. Skocznie to tu jest, ale w jakiś zupełnie inny sposób. Interesujące jest wykorzystanie instrumentarium ludowego, które, wbrew temu, czego można by się spodziewać, nie gra pierwszych skrzypiec. Co więcej, różnorakie instrumenty strunowe i dęte – jeśli już się pojawiają – grają swoje, przy czym gitary też grają swoje, co tworzy delikatny dysonans (podczas gdy zwykle w tym gatunku można mówić raczej o harmonijnym współbrzmieniu, jeśli te dywagacje mają w ogóle jakiś sens). W rezultacie melodie sprawiają wrażenie nieco chaotycznych, a dla mnie osobiście brzmi to w pewien (pozytywny) sposób rachitycznie, pierwotnie. Tu i ówdzie pojawia się nawet jakiś ludowy zaśpiew.

Oczywiście, z drugiej strony, nie ma co się oszukiwać – płyta jest wyprodukowana na nieco plastikowym, „światowym” poziomie i ogólnie między akordami czasami da się usłyszeć brzęk monet, ale i tak panowie Wilcy jakoś zdecydowanie mniej niż inne tego typu kapele z Zachodu rażą głupim wizerunkiem i debilną otoczką. Powiedziałbym, że gdy się ich słucha, to nie rażą w ogóle – co innego, jak spojrzy się na ich zdjęcia. Ale muzyka się broni, i mimo iż – jak to zaznaczyłem we wstępie – po przesłuchaniu płyty byłem wykończony, to parę razy do niej wróciłem. Polecam słuchać do piwa i estońskich klusek z krwią.

PS. Utwory zacząłem rozróżniać dopiero po drugim przesłuchaniu. Szczególnie polecam „Must Hunt”, „See on see maa” i „Talisman”, ale ogólnie wszystko daje radę. Aż sam się zdziwiłem.

Ocena: 7/10