Dziś na tapetę wrzucamy debiutancki album młodego, słowackiego bandu o wdzięcznej nazwie Achsar (w każdym razie mnie osobiście ładnie brzmi w uszach). Co bardziej zagorzali wyznawcy folkmetalowych dźwięków z pewnością – przynajmniej częściowo – chłopaków już kojarzą. Trudno się dziwić. Na zakończonej jakiś czas temu, komentowanej wszem wobec trasie „Folk Metal Crusade” słowacka załoga narobiła sporo zamieszania, całkowicie porywając spragnioną energetycznych, podlanych folkową posoką riffów polską publikę. Zaświadczyć o tym mogę osobiście, gdyż byłem na ich gigu w Opolu  i widziałem, jak szybko i bezprecedensowo Achsar zaskarbił sobie łaski tłumu, porywając nawet ludziska do tańca (niżej podpisany również w tym procederze uczestniczył. A co!). Słowacy grają bowiem konkretnie, z przytupem, riffem dobrym zarzucić potrafią, a i melodią niezgorszą także.

65375_photoachx

Album rozpoczyna klimatyczny, nastrojowy wstęp. Stylizowany na średniowiecznego barda lektor opowiada o słowackich mitach i dawnych czasach, wprowadzając słuchacza w świat walecznych wojowników i pięknych białogłowych. Dalej wchodzą bitewne bębny, chóralne pokrzykiwania członków bandu i ruszamy na pełnej do przodu.

Płyta pomyślana została jako rzecz prosta, łatwa i przyjemna w odbiorze. Trudno nam tu będzie uświadczyć skomplikowanych gitarowych pasaży, rozbudowanych melodii czy popisów wokalnych. Słuchacz – a przede wszystkim odbiorca na koncercie – winien po prostu mechanicznie „potupajać” i machać grzywą, przy okazji dobrze się bawiąc. W niczym jednak nie umniejsza to wartości płyty. Wiecie, z reguły cenię sobie zróżnicowanie i oryginalność przy jednoczesnym zachowaniu spójności poszczególnych numerów albumu, są jednak wyjątki, przy których przymykam oko na takie „szczegóły”.

Co by jednak nie mówić, Słowacy potrafią zdrowo przyłożyć z każdej strony. A to walną konkretnym, thrashowym riffem ( świetny Shadowless ), a to nastroją przyjemną, akustyczną wstawką New Heroes Arise – żal tylko, że tak szybko z niej zrezygnowali ). Mimo wszystko swoistym rdzeniem całości, w którym panowie prawdopodobnie czują się najlepiej, są przede wszystkim podniosłe melodie i chóralne zaśpiewy, okraszane mocnym gitarowym ciężarem. Weźmy na ten  przykład Old Tavern Song. Ciężko zgadnąć, o czym będzie, nie? Słuchasz sobie takiego utworu i aż cię ręka świerzbi, aby wziąć w nią kufel piwa, wskoczyć na stół i nie zważając na nic zwyczajnie sobie pohasać. Tym bardziej, że w tle nieustannie słyszymy gwary rozmów i śmiechów rodem z najchętniej uczęszczanych średniowiecznych ( albo i jeszcze wcześniejszych ) ośrodków kulturalnych, czyli gospód i tawern właśnie. Z resztą sami spójrzcie na tekst pierwszej zwrotki:

We will drink and drown our sorrows
All our fears will be gone till tomorrow
Hell awaits us on our quest
Take this night your last rest

Beer, folk and rock’n’roll , jak to mówią.

_image_crop.php

Dowodem na swoistą prostotę i ogólną łatwość w odbiorze podawanych dźwięków jest czas trwania płyty. Chłopaki w niecałych czterdziestu dwóch minutach zdołali zmieścić dwanaście utworów, przy czym ostatni wyjątkowo trwa jeszcze ponad sześć minut. Kurna, i o oto szło. Nie zawsze trzeba się zagłębiać w odmęty połamanych muzycznych struktur, skupiać  na poszerzaniu muzycznych horyzontów co bardziej nieumuzykalnionej gawiedzi. Czasem po prostu wystarczy nagrać album wybitnie do podskakiwania i wymachiwania kudłatym łbem i nic ponadto. Takich też nam trzeba. Wszak folkmetalowy lud lubi czasem solidnie pobiesiadować, czyż nie?

Podsumowując, rzec trzeba, iż chłopaki mają potencjał. Póki co objawił nam się jedynie ten imprezowy, liczę jednak, że przy okazji kolejnych wydawnictw ( a wróble ćwierkają, że są już takowe plany ) Achsar sięgnie również po większą ilość solówek i postara się trochę urozmaicić poszczególne utwory. Nie ma jednak źle. W każdym razie ja przy płytce ubawiłem się zdrowo i ręczę, że wy też przy niej nie skostniejecie. Na piątkową popijawę z kompanami – folk metalami ( i nie tylko tymi folk ) Septentrionalis będzie jak znalazł.

6,5/10

P.S. Recenzja miała być wcześniej, ale z różnych przyczyn wyszło jak wyszło. Luz, chłopaki, kolejną płytę opiszę jeszcze przed premierą. Aha, i jeszcze jedno, czytelnicy najdrożsi: Wywiad z zespołem też będzie. Myślę, że chętnie poczytacie, jakież to dziewczęta chłopaki spotkali na trasie w Polsce… i co z nimi zrobili. Chociaż tego ostatniego nie jestem w stanie zagwarantować.