Premiera nowego krążka Skálmöldu, Með Vættum, jeszcze nie miała miejsca, lecz dzięki uprzejmości ich wytwórni możemy już dziś opublikować jego recenzję. Album składa się z ośmiu kompozycji: na przemian Að… oraz Með…, przy czym te pierwsze są krótsze, a drugie dłuższe. Teksty, jak zwykle, utrzymane są w tematyce mitologicznej.

Na początek szybkie, agresywne Að vori, bardzo solidne szczególnie dlatego, że doskonale przypomina słuchaczowi, czym jest Skálmöld, zanim ten usłyszy kolejne utwory. Mamy Þráinn-show na gitarze, mamy krzyki Baldura, więc zespół w swoim żywiole. Po dobrym początku przychodzi nieco przykry moment zderzenia z piosenką Með fuglum o niezwykle surowym brzmieniu. Jej początek to zdecydowanie najmniej przyjemny fragment muzyki, jaki Skálmöld kiedykolwiek stworzył. Im dalej w utwór, tym jest on lepszy. Solówka jest wspaniała, a znalazło się także miejsce dla wokalnej solówki Gunnara. Podoba mi się zakończenie, więc w sumie nie jest tak źle. Að sumri to bardzo melodyjny, rytmiczny utwór, mający w sobie coś takiego, że można momentami popaść w głęboką zadumę. Słychać w nim wiele z tego, czym Skálmöld był dotąd, ale równie dużo czegoś nowego, dojrzalszego. Dzieło to kontynuuje Með drekum, o którym mogę powiedzieć praktycznie to samo. Myślę, że nie bez powodu te dwie piosenki znalazły się obok siebie. Jest tu dobry riff z przyjemną dawką świeżości, ale też fragmenty stworzone, by się nad nimi trochę dokładniej zastanowić. Dalej napotykamy znane już Að hausti. Dość surowe brzmienie, bardzo przyjemny refren, trochę innowacji. A później jest coraz lepiej. Með jötnum to utwór pełen dojrzałości, niezwykle ciekawie skomponowany. Kawałek dość refleksyjny, podczas którego czasami warto przymknąć oczy i pozwolić klimatowi się pochłonąć. W środkowej części jest bowiem zwolnione tempo, trochę wiatru w tle i długa przerwa w partii wokalnej… Ostatnie minuty tego najdłuższego utworu są cudowne. Ciężko mi jednak coś o nich powiedzieć. To po prostu trzeba usłyszeć, więc kupuj album i słuchaj!

Chwilę później mamy już bardzo żywe Að vetri. Mega riff, bardzo melodyjnie, dojrzale. Znów ciekawa kompozycja, czyli to coś, czym Skálmöld zdobył moje serce. Tu nie ma prostoty, tu nie ma zbyt mało, tu nie ma zbyt wiele. Jest doskonale w sam raz, z mistrzowskim wyczuciem. Jak dla mnie, jest to utwór godny rywalizować z najlepszym ich utworem – Kvaðning. Chcę go usłyszeć na żywo i się zachwycić. Chciałem powiedzieć, że na pewno usłyszymy go na koncertach, które już pod koniec miesiąca w Polsce, gdyż wydaje się niemożliwym, by taka piosenka nie znalazła się w setliście. A jednak… stało się to możliwe. Að vetri na razie usłyszymy tylko w domu z płyty, nad czym bardzo ubolewam. Með griðungum zamyka album. Mamy tu bardzo fajny, lekki początek, później znowu trochę surowości i agresywnego brzmienia, następnie szalone popisy Þráinna na gitarze, a na koniec kilka minut klimatycznego podsumowania całego krążka. Kto w tej chwili nie popadnie w zadumę, ten Skálmöldu słuchać nie powinien, bo zwyczajnie nie potrafi zrozumieć twórczości zespołu. Nie dało się lepiej zakończyć tego albumu.

Co mogę powiedzieć o tym krążku? Jest wspaniały. Owszem, jest krótki fragment w Með fuglum, który wywołuje we mnie tylko negatywne emocje, ale to tylko chwilka, tylko moment. To, co zespół zawarł w trzech ostatnich piosenkach, jest nieziemskie i samo to wystarcza, by zakochać się w tej płycie. Tak cholernie czuć tutaj folk, czuć Islandię. Co za dojrzałość płynie z tego albumu! Gdy ktoś mówi „im starsze, tym lepsze”, pierwsze, naturalne skojarzenie to wino. Dla mnie już tak nie będzie. Dla mnie od teraz tym skojarzeniem będzie Skálmöld. I pomyśleć, że ten zespół istnieje dopiero od kilku lat… Znając losy wielu zespołów, mogę powiedzieć, iż przychodzi mi na myśl tylko jedna inna grupa, która rozwijała się tak szybko, będąc jednocześnie prekursorem czegoś dotąd niestworzonego. Moim zdaniem Skálmöld może stać się swoistym Dream Theater folk metalu.

9.5 / 10