Kilka pesymistycznych przemyśleń na początek

Nie wiem jak wy, ale ja mam wrażenie, że ostatnimi czasy kondycja wszelkiej maści folk/pagan/viking/ metalu leci na łeb, na szyję. Nie idzie tu bynajmniej o ilość kapel, wyrastających z kolejnych mniej lub bardziej podziemnych folkowych zagłębi, o ile takowe gdzieś funkcjonują. Osobników lubujących się w krzewieniu folkmetalowej sztuki z mieczem i tarczą w ręku ci u nas dostatek. Przeraża jednak jakość materiałów, za pomocą których długowłosa gawiedź pragnie nieść światu swoje folklorystyczne orędzie. No bo ileż można słuchać tych samych, przemielonych na tryliard sposobów patentów? To już nie te czasy, kiedy humppa i klimatyczne skrzypce mogły komuś skutecznie przetrzebić receptory mózgowe i zakorzenić w człowieku myśl: „Cholera, właśnie złamałem jedną z największych tajemnic filozofii i odkryłem sens własnej egzystencji”.  Gatunek jak rudy farby do włosów (wybaczcie, panowie rudzi, ja tak tylko…) potrzebuje zmyślnie podanej świeżości, a tej ani widu, ani słychu nawet. Choć z drugiej strony to może ja ostatnio zrobiłem się jakiś zmierzły? Niekorzystne ciśnienie atmosferyczne, zła karma czy coś…

 

125493_photo

 

 

Światło na horyzoncie nadziei

W każdym razie, odpaliwszy sobie Stolzes Wesen Mensch, drugi album niemieckiego Munarheim, postanowiłem wyzbyć się z mojego łba wszelkich zaśmiecających go uprzedzeń i podejść do sprawy obiektywnie. Wszak etyka recenzencka nakazuje mi taką postawę prezentować. Jakem pomyślał, takem uczynił. Zaparzyłem sobie kulturalnie kawy, ukroiłem kawałek smakowitego sernika i – zanim jeszcze w mych zdezelowanych głośnikach zabrzmiał pierwszy utwór – zabrałem za przeglądanie informacji o kapeli. Średnio ją kojarzyłem, powiem szczerze. Internety wiele mej wiedzy nie poszerzyły. Znalazłem jedynie pobieżną, standardowo podaną biografię. Pomyślałem jednak, że to dobrze. Band młody, chce się rozwijać, to może i czymś pozytywnym mnie zaskoczą. Pełen nadziei wcisnąłem w końcu przycisk „play”.

A jednak, nadzieja matką głupich…

Słyszeliście kiedyś, że to nadzieja właśnie rodzi tych głupich? Na własnych uszach przekonałem się o prawdziwości tej tezy. Okej, oczekiwałem świeżości, oryginalności, powiewu innowacji. Z tym że to, co nasi zachodni sąsiedzi zrobili na pierwszych kilkudziesięciu sekundach albumu, zmusiło mnie do głębokiego zastanowienia się nad sensem mojej obecności w tym miejscu. Miałem wrażenie, że właśnie rozpoczyna się jakiś imprezowy set elektroniczny, a nie materiał wrzucany w zobowiązującą przecież do czegoś łatkę folk metalu. Brakowało tylko jeszcze swojskiego „Good evening, my clubbers” i już można by ucieszyć wyposzczoną młodzież z wiejskich dyskotek, chętną do raczenia się podobnymi party openerami. Kolejne sekundy wcale sytuacji nie poprawiały, a nawet jeszcze ją pogarszały – próba zagęszczenia gitar i wprowadzenia zinfantylizowanych linii wokalnych raczej śmieszyła, niż przyprawiała o zachwyt. I wiecie co? Nagle pojawił się fantastyczny refren! No, zależy jak kto lubi. Mało porządnego, riffowego cięcia, ale za to świetnie podany, podniosły ton, okraszony właściwą tego rodzaju muzyce melodyką. Na koncercie pierwszy podnosiłbym w górę rękę. Sami widzicie, początek przynosi dość sporą konsternację. Gówniany wstęp i świetny refren. Jak się okazało, większość kolejnych numerów została zbudowana w podobnych schematach…

Następny utwór to klasyczny wręcz przykład, jak zrąbać kawałek i jeszcze go dobić, okraszając jego tytułem cały album. Uwydatnia się tu chyba najgorsza z możliwych cech, jakie tylko w tego typu folkmetalowym łojeniu można zaobserwować: oparcie całego numeru na całkowicie nudnej, przewidywalnej i bezpłciowej melodyce. Serio, gdzieś to już kiedyś słyszałem i nie zaliczam tamtych chwil do najszczęśliwszych. Może dalej pójdzie lepiej…

Wjeżdża Sehnsucht. Jest lepiej. Rozpoczyna się niemalże filmowym, patetycznym wstępem. Wokale, choć znowu podane w bardzo infantylny sposób, są już jednak trochę lepiej wprowadzone. Tylko znowu komuś kurde szajba z nadmiaru ambicji zaczęła uderzać chyba i zaczęło się wrzucanie niepotrzebnych wstawek. Tego irytującego gościa od fletu to ja bym za kostki powiesił. Co by jednak nie mówić, właśnie przez moje uszy przebiegł pierwszy przyjemniejszy akcent, jaki pojawił się od początku albumu.

Sternenschrei serwuje powrót do utworu tytułowego. Znów tępa melodyka i zero pomysłu, co robimy. Odnoszę wrażenie, że band na siłę potrzebował wypełnić czymś album…

 

 

 

Rauschende See rozpoczyna całkiem przyjemna, akustyczna wstawka. Cóż jednak z tego, skoro znów ktoś postanowił się wycwanić i postawić na „innowacyjność”, podłączając do całości klasyczne queenowskie „tum tum pa, tum tum pa”. Czy muszę opisywać, jak się tego słucha? Niestrawnie, rzeknę tylko, ale to i tak bardzo łagodne określenie na… to coś. Przy refrenie jednak znów robi się lepiej – zmyślnie skrojone hard rockowe gitary i niezła melodyka dają w efekcie całkiem niezłą miksturę. Cóż jednak z tego, skoro za moment powracamy do bębnowej formuły… Zaczynam sądzić, że tego rodzaju eksperymenty w połączeniu z folkową otoczką powinny być surowo zakazane. Co najmniej pod karą zakazu wystąpień publicznych, co by niczyje portfele nie musiały płakać za władowanymi w niesmaczny koncert pieniędzmi.

Sommernachtstraum zaczyna… hm, kto pokusi się o zgadnięcie? Tak jest! Przyjemna, delikatna wstawka! A to ci nowość. Z tymże tutaj spełnia ona jednak rolę dość pozytywną. Jeśli ktoś lubi melodie i klimat… konkretnego pieprznięcia tu nie uświadczysz. A że ja, jako wieczny marzyciel czasem lubię sobie pomyśleć o niebieskich migdałach, to i całkiem mi się zamysł spodobał. Mało w tym jednak folk metalu, dużo więcej symphonic/power metalu. Był (właściwie chyba nadal jest) kiedyś taki power metalowy zespół Fairyland – trudnili się oni muzyką skrajnie nastawioną na słodkie melodie i patetyczny klimat. Proponuję zapuścić któryś z utworów z Of Wars in Osyrhia i porównać z Sommernachtstraum. Kratę piwa stawiam, jak któryś oczywistych podobieństw nie wychwyci.

Leben. Zastanawiam się, kto właściwie zapodawał pomysł na ten album i – co ważniejsze – kto ten pomysł w ogóle zaakceptował? Dyskotekowy wstęp i power metalowe ballady, poprzetykane bezpłciowymi folkmetalowymi tworami, chyba tylko dlatego, żeby móc to wszystko podpiąć pod odpowiednie kategorie. Kolejny po Leben utwór, Augenblick, to też rasowa symfoniczna ballada, której nie powstydziliby się panowie z Rhapsody of Fire. Aczkolwiek, jak się bliżej wsłuchać, to Leben ostatecznie jawi się jako całkiem znośny… Fajnie gitary miejscami zaciągają, choć ten od solówki musi jeszcze sporo poćwiczyć, delikatnie mówiąc.

 

 

Wolf w końcu przywrócił mi w wiarę w to, że „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”. Wstęp ze świetnym wokalem Theresy Trebes, a dalej (w końcu!) folkmetalowe uderzenie takie, jakie być powinno. Zdecydowanie najlepszy utwór na płycie… i właściwie jedyny, do którego większych zastrzeżeń mieć nie można. Żal tylko, że to cover jest, znanego skądinąd żeńskiego duetu First Aid Kit. Nic dziwnego w zasadzie – w kontekście reszty utworów – że się dobrze słucha.

 

 

I tak oto, panowie i panie, nadszedł grande finale! Wbrew jednak temu, co zwykło się sądzić o utworach kończących album, Niemcy postawili na własną rozkminę i zapodali kolejny numer przyprawiający człowieka o myśli w rodzaju „pierdolę, kończę z tym i idę do «Życia na Gorąco»”. Pamiętacie (cóż, ja nie pamiętam), jak to w latach dziewięćdziesiątych we wszelkiego rodzaju komercyjnych stacjach królowały takie dyskotekowe boysbandy, w których ulizani chłopcy łamali serca nastolatkom? No, więc słuchając motoryki Unter den Sternn mam wrażenie, że Backstreet Boys jak nic musieli maczać w tym wszystkim palce. Z tym tylko, że jacyś tacy bardziej mollowi czasem, niż weseli i z chórami w refrenach. W połowie utworu przechodzimy jednak do rzeczy przyjemniejszych – miła, filmowa melodia i naprawdę dobra solówka, do tego konkretne gitarowe uderzenia i (wreszcie!!!) umiejętnie zbudowana melodyjna otoczka. Na koniec jeszcze boysbandowe zakończenie (wszak zakończenie ma to do siebie, że jest na końcu).

 

csm_Eden_Weint_Im_Grab_Foto-Yvonne_Brasseur_0aee39fc3b

 

 

Ostatecznie…

Podsumowując, album ten, pomimo zachowywania przeze mnie całkowitej obiektywności, w żaden sposób nie poprawił mojej opinii na temat współczesnej kondycji folk/viking/pagan metalu. Jeden cover i – od biedy – jedno Życie to stanowczo za mało, żeby wybielić obraz przesłodzonej płyty, gdzie metal właściwie całkowicie traci na znaczeniu. Brak konkretnych gitarowych ciosów, mało dobrej melodyki, miejscami wołające o pomstę do nieba dyskotekowe naleciałości i power metalowe ballady. Że już o urozmaiceniu nie wspomnę –  cztery utwory z rzędu rozpoczynają łagodne, melodyjne partie. Generalnie więc – delikatnie rzecz ujmując – szału Niemcy nie zrobili. Świata tym nie zawojują, ale w gronie maniakalnych wyznawców folk metalu powinni sobie jakąś pozycję zbudować. Życzę im jednak jak najlepiej. Przecież oto nam tu wszystkim chodzi, nie? Żeby folk metal nie zginął, a kolejne kapele pokroju Korpiklaani dalej mogły pokazywać światu, jak wygląda prawdziwa zabawa na folkową modłę.

3,5/10