Lek na chandrę

Ci z Was, którzy mają ten iście destrukcyjny nawyk sprawdzania aktualnej daty (jakby to było potrzebne komu do szczęścia!) w kalendarzu, niewątpliwie z rosnącym przerażeniem uświadamiają sobie, iż okres wzmożonej aktywności promieni słonecznych w naszym kraju ma się ku końcowi. Rzeczywiście, mało optymistyczna perspektywa. Jak co roku zresztą. Są jednak na tej ziemi sposoby, żeby wyrzucić ze łba tego rodzaju patogenne zawirowania myślowe i zwyczajnie się na nie… no, wypiąć. Jednym z nich może być przykładowo epka Aether.

Echa niemieckich kolegów po fachu

Łodzianie to młody zespół, który dopiero co próbuje się dostać do szerszego muzycznego półświatka. Sami swoją muzykę określają jako epic melodic death metal. W praktyce oznacza to ciężkostrawną mieszankę, na którą true konserwatywni metale bez żalu spluną, a i ci spod znaku „epic melodic” spojrzą raczej z politowaniem. Takie danie dla niedoszłych nawróconych orków z Shire tudzież tego rodzaju dziwnych elementów, dla których – w dobie zalanej masą niesmacznej posoki współczesności – ekumenizm muzyczny i spajanie z pozoru kontrastujących rozwiązań może okazać się nie tylko ciekawe, ale i zdatne do słuchania, albo nawet wyrażenia podziwu. Takich jak ja, przykładowo.

Pierwszym skojarzeniem, jakie niemalże od razu nasunęło mi się po odpaleniu Tale of Fire, było ubóstwiane przeze mnie swego czasu niemieckie Equilibrium. Nie będzie chyba w tym porównaniu żadnej przesady. Nie wiem, czy chłopaki kapelę znają, niemniej jednak podobne spojrzenie zarówno na samą muzykę, jak i brzmienie wydaje mi się słyszalne. Co nie znaczy, że nie znajdziemy tam również innych rzeczy. Całość na ten przykład rozpoczyna klimatyczne intro, którego w swych youtubowych kompozycjach nie powstydziliby się sam Brunahville czy Adrian von Zimmer. Dowód na to, że fruity loops i inne podobne mu kombajny mogą okazać się całkiem strawną przyprawą na różnych muzycznych płaszczyznach. W numerze tytułowym mamy już konkretną gitarową riffozę i znakomicie wkomponowany growl, scalone melodią z intra wybrzmiewającą w tle. Dodajmy do tego jeszcze świetną, akustyczną wstawkę z czystym wokalem pod koniec (tu z kolei nasunęło mi się Ensiferum, choć być może to tylko moja luźna myśl) i przepis na udaną kompozycję gotowy.

Przejawy muzycznej dojrzałości

Last Battle to numer  jak żywo wyjęty z twórczości Equilibrium z okresu Sagas. Nie wykluczam, że wskutek mojej niegdyś ogromnej fascynacji dokonaniami Niemców sprokurowany przeze mnie osąd może być nieco spaczony, niemniej jednak zachęcam do posłuchania i porównania. W każdym razie łodzianie także i tutaj wysmażyli numer wysokich lotów, ze zmianami tempa, dobrą melodyką czy kolejnymi „czystymi” partiami. Momentami naprawdę można odnieść wrażenie, że Aether to nie zgraja młokosów dopiero co wyściubiająca nosy z muzycznych lochów, a rasowy zespół z co najmniej dekadą doświadczenia na karku. 

Kończący epkę Dream sunie ociężale do przodu niczym, nie przymierzając, walec przez Morię, dodając całemu materiałowi kolorytu i wprowadzając różnorodność. Myślę, że więcej rzec mi nie trzeba… Co należy podkreślić, a o czym jeszcze nie wspomniałem, to umiejętności muzyków. Nie uświadczymy tu może jakichś powalających solówek czy innych tego rodzaju popisów, niemniej jednak należy chłopakom oddać, że na Tale of Fire wszystko jest tam, gdzie być powinno. Nie ma miejsca na żaden przypadkowy dźwięk. Instrumenty idealnie ze sobą współbrzmią tworząc jedną, spójną całość. Widać, że pomimo młodego stażu ekipa doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co to znaczy zgrany band.

Nic dodać, nic ująć

Stąd też, moi mili, jako elementowi przynależącemu do intrygującego grona muzycznych koneserów lubujących się w tego rodzaju „epic melodic death metalowych” dźwiękach nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zachęcić Was do zainteresowania się propozycją Aether. Osobiście odpalam materiał już szósty raz i jeszcze mi się nie znudziło… W przeciwieństwie do mojej sąsiadki z naprzeciwka. Tej to jednak zawsze było daleko do wyrobienia sobie dobrego zdania o moim guście.

9/10