Są ludzie, którzy na tę płytę czekali dobre 20 lat. Wielu z nich zapewne sądziło, że jej nie doczeka. A jednak jest. Czy jednak spełniła oczekiwania fanów „starego” Thy Worshiper, jeszcze z czasów Popiołu czy nawet Signum? To się okaże po premierze. Wiem natomiast, że mnie, mimo iż żadnych oczekiwań nie miałem, zwyczajnie oczarowała.

Zaczyna się tajemniczo i trochę tęsknie. Kolejne dźwięki malują pejzaż w kolorach szarości, wyblakłej sepii; lekko niewyraźny, odległy, choć zaskakująco żywy. To obraz jakiejś cichej tragedii, historii z pogranicza legendy; jej sceneria to tętniące złowrogą ciszą zapadłe wsie, ścielące się na szarych niebach bezlistne lasy i szerokie pola, po których wiatr gra dziwną pieśń, jakby przestrogę. Bolesny kobiecy wokal zawodzi lekko na tle wycia wiatru i złowrogiego kazania wrony, szybko jednak zostaje zduszony przez niepokojąco narastający puls agresji. Piach! Tak się zaczyna płyta. Piach, Czarny, Deszcz, Drzewa, Żniwa… To kolejne utwory, wprowadzające słuchacza w historię, która z początku rozkręca się powoli, hipnotyzując, ale szybko nabiera tempa i pozostaje wartka, choć gęsto przeplatana akapitami bardziej stonowanymi, cichszymi, lecz wciąż niepokojącymi. I ten niepokój przeplata się tu z agresją, tęsknotą, bólem. A wszystko podlane jest mistycznym wręcz, rytualnym sosem wywołującym dreszcze na karku. Atmosfera tej płyty wciąga i nie chce wypuścić nawet długo po ucichnięciu ostatniego utworu. Domaga się, by o niej rozmyślać, rozpamiętywać ją – wrócić do niej. I nie pozostaje nic innego jak poddać się jej wpływowi.

a2388742788_10

Przyznam, że dawno nie słyszałem takiej płyty, szczególnie w Najjaśniejszej. Zespół bardzo długo się do niej przygotowywał, szukając wreszcie tej jedynej ścieżki na cichym, smaganym wiatrem bezdrożu – i znalazł ją. Ścieżka ta prowadzi przez zarośniętę suchą trawą pola, wprost do chaty na uboczu, będącej świadkiem dawno zapomnianego dramatu. To wrażenie naprawdę nie opuszcza przez całą płytę. Sporo tu odniesień do dema Opowieść jednej nocy, zresztą utwór Żniwa jest nowym wcieleniem Kresów, do których nakręcono nawet teledysk. Mam zresztą wrażenie, że stylistyka owego teledysku bardzo łączy się z tym albumem, nawiązania do niej widzę też w jego oprawie graficznej. Wszystko ze sobą współgra i widać, że muzycy mieli dużo pomysłów – szukali dla nich tylko odpowiedniej formy. W efekcie żaden dźwięk nie jest tu przypadkowy, co – powiem szczerze – nie było takie oczywiste na wspomnianym już demie (które stanowiło powrót zespołu i prezentację jego zupełnie nowgo oblicza). Zaskakujące, jak wszystko pasuje do siebie na tej płycie – teksty, ich interpretacja wokalna, muzyka, instrumentarium – szczególnie to ostatnie godne jest uwagi. Co prawda, nie znajdziemy tu fletów, piszczałek i wszystkiego, czego zwykle oczekuje się po folk metalu, jednak zabarwienie folklorystyczne jest tu bardzo wyraźne i wynika z samej koncepcji muzyczno-lirycznej, której wykorzystane tu drumla czy bongosy są jedynie –  i aż – dopełnieniem. Sekcja rytmiczna odgrywa tu ogromną rolę; perkusja i perkusjonalia ściśle współpracują, niejednokrotnie wpadając – wespół z gitarami – w stylistykę inspirowaną słowiańskimi Bałkanami czy Bliskim Wschodem. Wpływy te widać też w wokalach, na które składają się męskie growle i ulotne, kobiece śpiewy. Co ciekawe, pani wokalistka dysponuje barwą i manierą, która zasadniczo mi nie odpowiada – jednak zupełnie nie wyobrażam sobie w tej muzyce jakiegokolwiek innego wokalu damskiego. Ta muzyka to misterna konstrukcja, w której każdy element pasuje do innych i po prostu nie da się go zastąpić. Aż boję się usłyszeć jakieś kowery, a takowe pewnie pojawią się w przyszłości.

Mógłbym jeszcze wspomnieć o minusach; mógłbym napisać, że cała złożoność muzyki tonie czasami w brzmieniu, któremu co prawda rzadko, ale jednak zdarza się  być nieco nieczytelnym; mógłbym wspomnieć, że po piątym utworze zespołowi zdarza się trochę przynudzić; znów – rzadko, ale jednak. Mógłbym o tym wszystkim wspomnieć, ale po co? Te wady zupełnie nie umniejszają geniuszowi tego albumu. Zresztą, na sam koniec pisania zdałem sobie sprawę, że w sumie dość mgliście nakreśliłem zawartą na nim muzykę; jest jednak ona na tyle unikatowa, że po prostu trzeba sprawdzić ją samemu. Miesza się tu Black metal, słowiańska ludowość i wpływy bliskowschodnie; warstwa tekstowa jest z kolei kolejnym elementem układanki i stanowi osobną kwestię do rozważań. Zresztą, wszystko tu warto odkrywać samemu, raczej smakując tę płytę niż puszczając na imprezie. Krótko mówiąc – polecam posłuchać. Słowa nie oddadzą magii tej muzyki, i nawet moja marna próbka poetyckości na wstępie to tylko namiastka tego, co oferuje nam Czarna Dzika Czerwień. Pali ten ogień, pali!

Ocena: 10/10

PS. Płyta będzie dostępna nakładem Pagan Records już w lutym.