Tyr-Valkyrja

Nowy album power/folkowej formacji Týr ujrzał światło dzienne. Valkyrja to album koncepcyjny, luźno opowiadający o losach anonimowego wikińskiego wojownika, który – zachęcony perspektywą życia w krainie miłości, seksualności, piękna, płodności i bogactw – porzuca swą kobietę, by osiągnięciami na polu bitwy przypodobać się Walkirii zdolnej spełnić te wizje. Tyle legenda, a jak ma się to do rzeczywistości?

Przesłuchawszy album wielokrotnie, dochodzę jednak do wniosku, iż koncept zamknięty został wyłącznie w tekstach i zapewne, gdyby nie barwny opis na stronie wytwórni, łatwo byłoby przeoczyć jego obecność. Dźwięk zupełnie nie odzwierciedla wskazanych treści. Ale, na szczęście farerskiej grupy, wolę skupiać się na muzycznej stronie, a ta bardzo mnie zadowala. Album kontynuuje proces stopniowych przemian zachodzących w stylu zespołu. Wielu fanów narzeka co prawda na te zmiany i nie trudno dostrzec komentarze „wolę starego Týra” na portalach społecznościowych, lecz ja się nie zgadzam. Każdy kolejny album zespołu ukazuje nowy stopień dojrzałości w twórczości i podobnie jest tym razem. Jest to znów jakościowo coś więcej. Wyraziste wokale Heriego, umiejętnie rozpisane chórki, dobrze współpracujące gitary – za to się kocha ten zespół i panowie z Wysp Owczych skutecznie nam o tym przypominają swoim najnowszym krążkiem. Dobre wrażenie robią riffy, które – będąc typowo „týrowymi” – wciąż zachowują swą nienaganną oryginalność. Sprawia to, że każdy, kto słyszał już w życiu muzykę tego zespołu, rozpozna twórczą rękę Heriego Joensena, lecz jednocześnie żaden pasjonat folkgrupy nie poczuje się, jakby słuchał przysłowiowego „odgrzanego kotleta”. To naprawdę nie lada sztuka, a udała się doskonale. Jeśli jednak ktoś uparcie „woli starego Týra„, znajdzie się dla niego Grindavísan oraz Fánar Burtur Brandaljóð, w których czuć powiew starszych brzmień.

Szczególnie chciałbym omówić utwór The Lay of Our Love, dlatego przeznaczam dla niego oddzielny akapit. Ot, taki redaktorski kaprysik. Po kolei. Co wiemy o utworze? Piosenka numer 4 na płytce. Nieee, przecież nie będę się o tym rozpisywał! Trwa niespełna cztery minuty. Nie, ten fakt też zostawiam na boku. Pierwszy raz w historii zespołu słyszymy kobiecy wokal. Stooop! To jest to! Choć osobiście nie jestem wielbicielem kobiecego wokalu w metalu, połączenie muzyki Týra, wokalu Heriego i głosu Liv po prostu mnie zachwyca. I mam dziwne przeczucie, że nie jestem odosobniony. Powtórzę jeszcze raz: TO JEST TO! Gdy jeszcze przed premierą widziałem tytuł tej piosenki, ciężko było mi wpasować go gdzieś w twórczość Týra. Był też element niepewności – jak wyraziste wokale Heriego współpracować będą z delikatnym głosem Liv. Ale w tej chwili już ani trochę nie wątpię, że jest to połączenie doskonałe. Nie lubisz Týra? Przesłuchaj chociaż tę piosenkę. Łączy ona cząstkę stylu grupy z cząstką czegoś dotąd niespotykanego. Pozostaje mieć nadzieję, że nie jest to jednorazowy wybryk, albowiem jest to krok we właściwym kierunku.

Jak przystało na recenzję, zakończę krótko oceniając wydawnictwo. Album robi znakomite wrażenie, kompozycja jest bardzo dopracowana i wciągająca. Trochę szwankuje kwestia konceptu, który – choć pomysłowy – nie przełożył się na oprawę muzyczną. Krążek jest udaną kontynuacją progresu w dojrzałości grupy, a jednocześnie zachowuje kwintesencję jej stylu. Może nie jest to album, który wejdzie w poczet wybitnych na folkowym rynku, ale niewątpliwie dobry, warty przesłuchania i w pełni satysfakcjonujący.

Moja ocena: 8.5 / 10

  • Alejandro Valdez

    Fajna recenzja 🙂 Gz

  • Alejandro Valdez

    Fajna recenzja 🙂 Gz