Na koncert Amon Amarth, który pierwotnie miał odbyć się we Wrocławiu (tego samego dnia – 11.06.2013), wybrałem się z przekonaniem, że będzie to wikińskie święto death metalowego grania. Po części tak było, jednak tylko za sprawą samych Szwedów. Niestety supporty okazały się nietrafione (déjà vu  z 2011 roku?), jeżeli się idzie na death metalowy koncert (z folkowym zabarwieniem) to spodziewać się powinno podobnych zespołów. Tutaj jednak na rozgrzewkę dostaliśmy, ogłoszone niecały tydzień wcześniej Generation Kill i Heathen (grające thrash metal). Wiadomo, że za cel organizatorzy stawiają sobie ściągnąć jak najwięcej ludzi, jednak takie zestawienie pasuje co najmniej średnio. Wiele osób po prostu przyszło dopiero po supportach, dlatego na początku frekwencja nie była zadowalająca.. Na szczęście bliżej godziny występu Amon Amarth zaczęło się zagęszczać i nie było źle, nie przynieśliśmy wstydu. Nie mam nic do koncertów samych supportów, były na standardowym, światowym poziomie. Dało się jednak wyczuć w powietrzu, że większość czeka na główną gwiazdę.

 

Koncert w Krakowskim klubie “Studio” był jednym z pierwszych promujących nowe wydawnictwo Szwedów „Deceiver of the Gods”. Na wejściu dostaliśmy przejrzyście wystrojoną scenę w stylu “Deceiver…” – dość widoczna dla fanów zmiana kolorów, którzy bywali na wcześniejszych koncertach promujących “Surtur Rising”. Nie jest to okładka może tak estetyczna jak poprzednia, jednak “wikiński styl” został zachowany. Wróćmy jednak do samego występu… Szwedzi zaczęli od świetnego „War of the Gods”, które uderzyło jak niezapowiedziany grom z nieba. Nagłośnienie jak na klub Studio było przyzwoite i dało się czuć przeszywającą ciało ścianę dźwięku. Następnie poleciały kolejne utwory, wyróżnić tutaj należy zasłużone: „The Fate of Norns”, „Cry of the Black Birds”, „Runes to My Memory”. Zespół chyba wie co kochają fani – w setliście umieścili najwięcej kawałków z „Twillight of the Thunder God”, płyty przez wielu uważanej za najlepszą w dorobku. Dziwi tylko jeden utwór z „Deceiver of the Gods” – tytułowy, ale widać Szwedzi nie chcieli zdradzać dalszej zawartości nowego krążka (który to ma ujrzeć światło dzienne 21 czerwca tego roku). Patrząc na formę muzyków, można śmiało stwierdzić, że jest ona bardzo dobra. Skacząc, biegając i kręcąc młynki na scenie zaprezentowali się bardzo żywiołowo. Kontakt z fanami był wzorowy. Oczywiście nie zabrakło koncertowych tradycji/smaczków – chodzi przede wszystkim toast z rogu. Obserwując muzyków można było zauważyć, że kochają Polskę i cieszą się z tego, że ich muzyka przynosi fanom tyle radości. Po około godzinie i 20 minutach przyszedł czas na ostatnie, najbardziej lubiane, mocarne utwory – „Twillight of the Thunder God” i na bisie „Guardians of Asgaard”. Ten moment można było uznać za kulminację koncertu, nienaganne wykonanie i niesamowita energia towarzyszyła nam do samego końca… Następnie pozostały już tylko szczere podziękowania od wikingów “za jak zwykle wspaniałe przyjęcie”. Szwedzi żegnając się, dali do zrozumienia, że nie będziemy długo czekać na ich powrót. Kto wie, może jeszcze w tym roku?

Setlista:

1. War of the Gods
2. The Pursuit of Vikings
3. Destroyer of the Universe
4. Live for the Kill
5. Varyags of Miklagaard
6. For Victory or Death
7. The Fate of Norns
8. Asator
9. Where Silent Gods Stand Guard
10. Free Will Sacrifice
11. Cry of the Black Birds
12. Runes to My Memory
13. Deceiver of the Gods
14. Death in Fire
15. Twilight of the Thunder God
Bis:
16.  Guardians of Asgaard