Nic tak nie rozwiewa jesiennych smutków jak dobry folkowy koncert. Przekonałam się o tym 29 października, kiedy to w Warszawie w Voodoo Club odbyła się kolejna edycja Folk Metal Night. Wydarzenie było również obchodami dziesięciolecia stałego linera trasy – Morhany. Poza jubilatem zagrała Runika, Czertoróg oraz czołówka polskiego folk metalu – Percival Schuttenbach i Radogost.

Jako że było to większe niż zazwyczaj widowisko, warunki w klubie dostosowano do mającego go odwiedzić kilkusetnego tłumu. Otworzono drugą salę, funkcjonowały dwa bary, przy pierwszym wyświetlano na ścianie cały występ, dzięki czemu i ci siedzący na kanapach mogli go oglądać. Standardowo dwa punkty z merchem zespołów i płytami, dodatkowo na zewnątrz stoisko z pieszczochami i gadżetami.

Koncert zaczął się z lekkim poślizgiem, przed 18:30 na scenę wszedł pierwszy zespół. Biorąc pod uwagę fakt, że Czertoróg jest młodą formacją, to widać, że mają na siebie pomysł i konsekwentnie dążą do jego realizacji. Część utworów została zaśpiewana po rosyjsku, grupa zagrała też cover In the Arms of Mara od Grai. Spodobało mi się brzmienie gitary i skrzypiec, zespół mógłby wyrobić sobie na tej podstawie charakterystyczne brzmienie. We znaki dawał się poza tym duży entuzjazm wokalistki. Często rozmawiała z publiką, gorąco zachęcała do tańców. Zebrani oszczędzali jednak siły na kolejne występy, chętniej za to śpiewali. Myślę, że grupa przyjęłaby się lepiej, gdyby grali w późniejszej części koncertu, bo z początku mało kto jest skory do większej aktywności. Muzycy mają w sobie jednak dużo energii, co z pewnością wyjdzie im na korzyść w dalszych działaniach.

  1. Wiosna
  2. Zima
  3. Słowo o wietrze
  4. Drużyna
  5. Świt
  6. Północ
  7. Bojowa
  8. In the Arms of Mara
  9. Oj Siadaj, Siadaj!

Runika zawsze spotyka się z wielkim zainteresowaniem publiki, więc i tym razem nie zdziwiło mnie momentalne ożywienie słuchaczy, gdy kapela wkroczyła na scenę. Zespół umie porozumieć się z fanami, a balansując między wolniejszymi i klimatycznymi utworami a tymi żywymi i bardzo skocznymi z powodzeniem potrafi podgrzać atmosferę na sali. Przybyli z chęcią wspomagali grupę śpiewem i okrzykami, a przy Biesiadzie czy Naznaczonym brali udział w pogo. Nie przestanę zachwycać się wdziękiem, z jakim Aminae prowadzi występy, nie kryje emocji przy śpiewie. Uwagę zwraca na siebie także perkusja – bardzo sprawnie wybijany rytm, a samo brzmienie kojarzy mi się raczej z klasycznymi odmianami metalu. Nie działa to jednak w żaden sposób na niekorzyść całokształtu, w utworach Runiki i sekcje instrumentalne, i głos Aminae świetnie się ze sobą komponują. Zespół pożegnał się z fanami bisem Biesiady, którą dosłownie cała sala wyśpiewała. Ostatnie nuty ucichły, ale same owacje długo można było usłyszeć.

  1. Słowianie
  2. Ogień i woda
  3. Wiking
  4. Wodnik
  5. Cisza przed burzą
  6. Biesiada
  7. Vanir
  8. Chwała bohaterom
  9. Naznaczony
  10. Nawia
  11. Sabat
  12. (bis) Biesiada

Muszę przyznać, że Radogost był dla mnie największym asumptem do przyjścia na to wydarzenie, więc wraz z resztą fanów spotkałam się z lekkim zawodem, gdy zespół przez prawię godzinę rozstawiał sprzęt i borykał się z problemami dźwiękowymi. Energia słuchaczy po występie Runiki zdążyła opaść, a szkoda, bo bez niej kilka przez pierwszych utworów na sali było dość drętwo. Całe szczęście, że w drugiej połowie występu zrobiło się naprawdę gorąco –  przy Ananke publiczność pokazała na co ją stać, i, ku zaskoczeniu samego zespołu, bardzo dobrze radziła sobie z tekstami utworów. Sam występ nie był długi, pewnie czterdziestopięciominutowy, ale w ostatecznym rozrachunku Radogost wypadł świetnie. Późniejsza część ich koncertu zrekompensowała początkowe niedociągnięcia. Na zgrabnie ułożony set składało się, poza nowymi, kilka starszych kawałków takich jak Dar Czarnego Licha czy startowe Tam skąd pochodzę. Pod samym względem technicznym nie mam na co narzekać, w końcu to Radogost. Dam też plus za obecność perkusisty – na ostatnim występie w marcu Warszawa usłyszała bębny prosto z… laptopa. Po bisie Ponad głębiami zespół zszedł ze sceny, a fani brawami pożegnali się z kapelą z Brennej.

  1. Tam skąd pochodzę
  2. Klnijmy się na słońce
  3. Watra
  4. Ponad głębiami czarnych wód
  5. Ananke
  6. Dar czarnego licha
  7. Na dnie wielkiej góry
  8. Dziedzictwo
  9. Niechaj stanie się dzień
  10. (bis) Ponad głębiami czarnych wód

O 22.00 na scenę weszła Morhana. Przybyło wielu znajomych zespołu, cały tabun fanów, ale pojawili się i osoby, które o grupie nie słyszeli. Ci ostatni dobrze trafili, bo był to występ szczególny – z okazji urodzin na scenie zagrali nie tylko aktualni członkowie, ale i wszyscy, którzy mieli okazję grać wcześniej w zespole. W tym rodzinnym nastroju mogliśmy odsłuchać setu jubilatów. Po klimatycznym Intro muzycy zagrali When the Earth Was Forged. Kawałek ten urozmaicono duetem skrzypcowym Tarzana i poprzedniej skrzypaczki Laury. Zabawa szybko się rozkręciła, a zażarci pogowicze mogli pokazać swą siłę – wielki kocioł pod sceną to standard na występach Morhany. Szybka obserwacja pozwoliła mi dojść do wniosku, iż fani zespołu podczas koncertów bawią się na jednostajnym, wysokim poziomie. Nie wymienię w takim wypadku kawałków, które wzbudzają najwięcej emocji, osobiście jednak mam słabość do WTF. Godnym uwagi jest fakt, że mimo licznych zmian w składzie brzmienie zespołu nie ucierpiało, a sami członkowie utrzymują ze sobą dobre stosunki. Każdy z muzyków dodał coś od siebie do występu, dzięki czemu nabrał on większego rozmachu. Był to również koncert pożegnalny dla Dawida, perkusisty, oraz powitalny dla Matti, który zagrał na bębnach bisy. Po ostatnim utworze zespół tradycyjnie zrobił sobie z publiką zdjęcie, by później usłyszeć gromkie Sto lat od całej sali koncertowej. Tym akcentem zakończył się przedostatni występ wieczoru.

  1. Intro
  2. When the Earth Was Forged
  3. Dreamland
  4. Trolls on the Sea
  5. Plinn
  6. Horned God
  7. The Traveller
  8. Mgła
  9. Giants of Ice
  10. Legions of Triumph
  11. Morhana
  12. (bis) Elemental
  13. (bis) WTF
  14. (bis) Rock’n’Troll

Minął kwadrans i zacząło się show wyczekiwanego przez wielu Percivala. Sala dosłownie pękała w szwach. Już z początku widać było, że ten występ będzie utrzymany w trochę innym klimacie. Percival Schuttenbach zaczął od Lullaby of Woe Marcina Przybyłowicza. Zespół grał w większości materiał z wydanego ostatnio albumu Strzyga. I tak jak na audio brzmiał kapitalnie, tak na żywo wypada naprawdę bosko. Improwizowane solówki tylko dodawały smaku do całego obrazu. Muzycy łatwo zbudowali iście wiedźmińską atmosferę. Jako goście na scenie wystąpili członkowie zaprzyjaźnionego z zespołem stołecznego Helroth. Wspomogli wokalnie Percivala przy części utworów – Pani Pana, Marysia… Charakter występu zmienił się później na nieco bardziej swawolny. Przybyli mieli okazję wysłuchać nieco  bardziej niekonwencjonalnego niż zazwyczaj wykonania Satanismusa, bo zagranego w rytmie Giorgio by Moroder Daft Punk. Wszelkie urozmaicenia spotykały się z entuzjazmem słuchaczy, w końcu ciągłe granie tego samego może się znudzić. Rzucały się w oczy zabawa muzyką, swoboda na scenie i nieukrywana radość z grania. Zebrani nie stronili od różnych odmian pogo, czasem nawet ktoś trafił na falę. Wybiła godzina 1:00, a Percival pożegnał się z fanami coverem Roots Bloody Roots Sepultury. Ci, którzy pozostali nienasyceni wrażeniami z tego sześciogodzinnego szaleństwa, mogli porozmawiać jeszcze z zespołami na zorganizowanym w drugiej sali after party.

  1. Lullaby of Woe
  2. Lazare
  3. Sargon
  4. Buba
  5. Oj tam na mori
  6. Sokol
  7. Pani Pana
  8. Aziareczka
  9. Gdy Rozum Śpi
  10. Wóda zryje banię
  11. Marysia
  12. (bis) Satanismus
  13. (bis) Roots Bloody Roots

Zdaje się, że był to największy jak dotąd koncert z trasy Folk Metal Night. Przez salę przewinęło się pewnie z czterysta osób, a pod sceną w żadnym momencie nie było pusto. Brawa dla organizatorów, zainteresowanie tematem z czasem tylko rośnie! Podsumowując krótko cały wieczór: duża doza zabawy, w dobrym towarzystwie, w świetnej atmosferze. Właśnie z tych powodów uwielbiam tę trasę.