Druga edycja festiwalu Heidenfest, który okrąża co roku Europę, zapowiadała się wyjątkowo. Główną gwiazdą został fiński Wintersun, mający co prawda niewiele wspólnego z folk metalem, aczkolwiek ostatecznie można przyjąć, że w ich muzyce gdzieniegdzie słychać inspiracje tym nurtem. Na znaczenie koncertu wpływał też fakt, iż zespół ten wydał swój drugi krążek po 8 latach nieustannego procesu tworzenia.. Co do pozostałej części składu można powiedzieć, że został dobrany standardowo, jak na festiwal tego typu: skocznie grające Korpiklaani, brutalny Varg, prześmiewczy TrollfesT i nowinka, mająca kontrakt z Rock the Nation – Krampus. Trzeba zaznaczyć, że każdy z tych zespołów miał na swoim koncie świeże wydawnictwo płytowe i można było przewidywać, że będzie to jedna wielka trasa promocyjna.

Klub został otwarty punktualnie, dało się zauważyć znaczną ilość przyjezdnych. Występ Wintersun przyciągnął ludzi z całej Polski – ostatni raz grali tutaj w 2006 roku we Wrocławiu (support dla Amon Amarth). W klubie nie było jednak wielkiego tłoku, organizacja tylko jednego przystanku festiwalu w naszym kraju była wobec tego dobrym posunięciem.

Zaczęło się niewiele po 16:30. Na scenę wyszedł włoski Krampus, który niedawno dołączył do grona zespołów posiadających długogrające albumy („Survival of the Fittest” – przyp. red.). Muzycznie zespół prezentuje połączenie melodic death i folk metalu.  Dźwięki płynące ze sceny bardzo przypominały dorobek innego, sławniejszego przedstawiciela tychże gatunków – Eluveitie, dlatego mimo iż kapela występowała jako pierwsza, zachęciła sporą grupkę słuchaczy do wspólnej zabawy. Flety, dudy oraz skrzypce bardzo dobrze wkomponowywały się w szybkie gitarowe riffy. Do tego całkiem niezły growl i ciekawy czysty wokal. Kampus zagrał dla nas m. in. „Beast Within”, „Rebirth”, „Kronos’ Heritage”, „Redemption” oraz „The Bride”. Domyślam się, że po tym koncercie zespół zyskał kilku nowych fanów.

Potem, zgodnie z planem, ujrzeliśmy bardziej już znany TrollfesT. Tutaj dało zauważyć się nieco dziwne zagranie marketingowe, bo zespół był także na zeszłorocznej edycji festiwalu, ale z tego, co dało się zauważyć, publice nie przeszkodziła ta powtórka. Sam występ TrollfesTu był… w ich stylu. Ukazujące dystans zespołu do siebie, śmieszne przebrania muzyków (wokalista przebrany za pszczółkę!), sceniczne żarty i przedziwne brzmienia – wszystko to miało zagrzać publiczność i skłonić do zabawy,  co niewątpliwie się udało. Trzeba wspomnieć, że zespół promował swój nowy album „Brumlebassen”, dlatego można było usłyszeć sporo świeżych utworów (tytułowy „Brumlebassen”, „Illsint”  czy „Trinkentroll”). Niespodzianką było nagłe wejście na scenę Jonne Järveli z Korpiklaani i wspólne wykonanie (wyszczekanie) „Helvetes Hunden Garm”.

 

Trzecim zespołem była niemiecka machina wojenna – Varg. Umalowani na czerwono muzycy wyszli na scenę z zamiarem promowania nowego wydawnictwa pt. „Guten Tag”. Tym albumem Niemcy potwierdzili moje obawy – zmierzają ku bardziej melodyjnej stronie metalu, przez co ich muzyka nabiera komercyjnego wydźwięku. Aktualnie w o wiele mniejszym stopniu słychać u nich black metal. Tak czy inaczej, heidenfestowy występ można włączyć do grupy bardzo dobrych. Potężne gitarowe riffy stworzyły niesamowitą atmosferę grozy. Starsze kawałki takie jak „Schwertzeit”, „Blutaar”, „Wir Sind Die Wölfe” czy „Viel Feind, Viel Ehr” brzmiały soczyściej, zawierały w sobie więcej mocy, niż bardziej melodyjne nowości. Ponowne pojawienie się Jonne Järveli podczas „A Thousand Eyes” wywołało okrzyki radości (bardziej uważni mogli zauważyć, że joikowanie zostało niestety puszczone z playbacku).

Przedostatnim zespołem, jaki wystąpił tego wieczoru, była folk metalowa legenda – Korpiklaani. Wielu zastanawiało się, dlaczego Finowie nie grają jako headliner (dorobek płytowy, jak i staż na scenie mają o wiele bardziej okazały, niż Wintersun), jednak później można było się przekonać, dlaczego tak jest.  Korpiklaani w swojej setliście skoncentrowało się tak, jak poprzednicy na promocji nowego albumu („Manala”). Utwory, które mogliśmy usłyszeć, to: „Ievan polkka”, „Metsälle”, „Rauta”, „Sumussa hämärän aamun”, „Tuonelan tuvilla”. Ze starszych albumów zespół postanowił wybrać trochę inne kompozycje, niż zwykle. Zapewne wielu fanów rozczarowało się tym, że ich ulubiony zespół nie wziął pod uwagę takich hitów jak „Vodka”, „Beer Beer”, „Happy Little Boozer” czy „Tequila”. Czyżby omijanie alkoholowych tematów przez Korpiklaani miało coś sugerować? Porównując dawne występy tego zespołu można zauważyć, że członkowie dojrzeli, są bardziej statyczni na scenie, jest o wiele mniej pijackiego wariactwa, jakim popisuje się np. TrollfesT. Ci, którzy widzieli już kapelę w 2010 (i wcześniej), zgodnie przyznają – koncert był słaby. Nie mniej jednak, ludzie widzący ich po raz pierwszy mogli być nawet zachwyceni. Wciąż była to skoczna, przyjazna dla ucha folk metalowa muzyka, przy której zabawa przychodzi bardzo łatwo. W każdym razie przyjemnie było posłuchać starszych kawałków, takich jak „Journey Man” czy „Pellonpekko”.

Na końcu swoim występem zaszczycił nas zespół, a może raczej jeden mężczyzna, który wybił się na szczyt, wydając jedną płytę z 8 kawałkami. W krakowskim klubie podekscytowanie sięgało zenitu, a kiedy zgasły światła i zaczęło się intro z najnowszego krążka („Time I”) ludzi ogarnęła ekstaza, ujawniająca się w postaci okrzyków zachwytu. Po paru minutach wyszli perkusista, gitarzysta i basista, a za nimi najbardziej oczekiwany człowiek, geniusz, któremu zawdzięczamy absolutnie niesamowitą muzykę – Jari Mäenpää! Jego gwałtowne wejście zaczęło nieprzeciętnie majestatyczną, metalową operę – „Sons of Winter and Stars”. Niektórzy mogli się poczuć jak w niewłaściwym miejscu, ponieważ pomimo obecnego growlu dźwięki płynące ze sceny były czymś pięknym i chwytającym za serce, a nie, jak często bywa w metalu, brudnym i ociekającym nienawiścią. W występie Wintersun znalazły się momenty, w których można było poczuć się jak na koncercie gitarowego wirtuoza czy wystawieniu metalowej opery, ale również secie death metalowego zespołu. Próżno szukać u innych takiego połączenia. Po drugim utworze („Land of Snow and Sorrow”) przyszedł czas na pierwszopłytowe dokonania. Gdy zaczęło się „Battle Against Time”, publiczność wpadła w szał. Ewidentnie było widać różnicę w szybkości i agresywności utworu w stosunku do tych z najnowszego dzieła „Time I”. Trzeba pochwalić frontmana Wintersun za umiejętności wokalne – raz czysty podniosły wokal, a raz idealny, przejmujący growl, prawie identyczny jak na krążku. Bardzo dobrze wypadły też ruchy sceniczne, przemieszczanie się gitarzystów, efektowne solówki i, co najważniejsze, groźne miny. „Death and the Healing” na żywo wypadło jeszcze bardziej przejmująco, niż na płycie. Po ośmiu latach od wydania debiutu muzycy mogli spodziewać się, że tłum będzie z nimi śpiewał – krakowskie Studio nie zawiodło. Miejscami wydało się, że publiczność swoim śpiewem zagłuszyła zespół! Sami muzycy sprawiali wrażenie bardzo zadowolonych z reakcji Polaków. Ich radość z grania tego koncertu była ewidentna, Jari Mäenpää chyba tęsknił za występami na żywo. Ostatnim utworem z nowego wydawnictwa był tytułowy „Time”. Potem, po udawanym zakończeniu, zespół wkroczył z powrotem na scenę ze swoim najszybszym, hitowym numerem „Beyond The Dark Sun”. Na zakończenie tego niezapomnianego wieczoru usłyszeliśmy „Starchild”.

 

Heidenfest 2012 okazał się być jednym z najlepszych wydarzeń tego roku – wszystko za sprawą ściągniętych zespołów. Było wiele narzekań, że skład nie jest aż tak dobry, jak zeszłoroczny – zgodziłbym się, gdyby nie obecność headlinera, który pokazał, że zasłużył sobie na miano metalowej gwiazdy. Wintersun zdecydowanie przygasił występujące wcześniej zespoły, pokazując , że można grać inaczej niż wszyscy. Patrząc jednak ogólnie, cały festiwal był udany i organizatorzy wysoko postawili sobie poprzeczkę co do przyszłorocznej głównej kapeli. Ale tym… będziemy zajmować się na wiosnę.

  • elDeadache

    Fajnie napisana relacja! Super się czytało.
    Mimo wszystko, nie rozumiem tego wielkiego szału na Wintersun. Owszem, są bardzo oryginalni i niesamowici technicznie, jednak ich muzyka (przynajmniej jak dla moich uszu) aż zionie nudą. Przesłuchanie Time I to była dla mnie straszna tortura, nie odczułem ani odrobiny polotu, ani odrobiny ekstazy. Rozumiem jednak, że gusta są, na szczęście, różne. Ciekawi mnie tylko, dlaczego mają aż tylu fanów skoro do mnie nie przemówiła ani jedna ich piosenka? 😉

  • elDeadache

    Fajnie napisana relacja! Super się czytało.
    Mimo wszystko, nie rozumiem tego wielkiego szału na Wintersun. Owszem, są bardzo oryginalni i niesamowici technicznie, jednak ich muzyka (przynajmniej jak dla moich uszu) aż zionie nudą. Przesłuchanie Time I to była dla mnie straszna tortura, nie odczułem ani odrobiny polotu, ani odrobiny ekstazy. Rozumiem jednak, że gusta są, na szczęście, różne. Ciekawi mnie tylko, dlaczego mają aż tylu fanów skoro do mnie nie przemówiła ani jedna ich piosenka? 😉

  • Rhodi

    Przed koncertem Wintersuna byłem zapalonym fanem. Po koncercie jestem już fanboyem, ale biorąc pod uwagę na jakim poziomie gra Wintersun to chyba nie jest nic złego 😀 Boję się że od teraz na każdym koncercie innego zespołu będę się nudził xD Ruchy sceniczne były boskie, szczególnie w piosence Time- myślałem że Jari i Teemu się zjebią ze sceny tak machali tymi gitarami 😀 W ogóle wykonanie nowych piosenek na żywo było niesamowite.

    Warto też dodać że po około 40 minutach zespół do nas wyszedł przy busach (mimo śniegu i chyba -8 stopni Celcjusza) i pierwszym był nie kto inny jak sam Jari 😀 Reszta wyszła później, posiedziała, pogadała, podpisała co tam było do podpisania i było zajebiście 😀 Dostali butelkę wódki (jak zwykle ja dałem 😀 ) więc chyba źle na tym nie wyszli ^_^

    Trollfest mnie zawiódł trochę po koncercie, liczyłem na małe afterparty a tu dupa 🙁 Mam nadzieję że nam to wynagrodzą w 2013, w końcu dostali 2 flachy -_-

  • Rhodi

    Przed koncertem Wintersuna byłem zapalonym fanem. Po koncercie jestem już fanboyem, ale biorąc pod uwagę na jakim poziomie gra Wintersun to chyba nie jest nic złego 😀 Boję się że od teraz na każdym koncercie innego zespołu będę się nudził xD Ruchy sceniczne były boskie, szczególnie w piosence Time- myślałem że Jari i Teemu się zjebią ze sceny tak machali tymi gitarami 😀 W ogóle wykonanie nowych piosenek na żywo było niesamowite.

    Warto też dodać że po około 40 minutach zespół do nas wyszedł przy busach (mimo śniegu i chyba -8 stopni Celcjusza) i pierwszym był nie kto inny jak sam Jari 😀 Reszta wyszła później, posiedziała, pogadała, podpisała co tam było do podpisania i było zajebiście 😀 Dostali butelkę wódki (jak zwykle ja dałem 😀 ) więc chyba źle na tym nie wyszli ^_^

    Trollfest mnie zawiódł trochę po koncercie, liczyłem na małe afterparty a tu dupa 🙁 Mam nadzieję że nam to wynagrodzą w 2013, w końcu dostali 2 flachy -_-