Trzeciego listopada deszczowy ostatnimi czasy Kraków nawiedziła istna folkmetalowa pożoga, która bitewnymi okrzykami i muzyczną energią z zapałem starała się przegnać niesprzyjającą pogodę. A że na czele owej nawałnicy stanęły kapele wybitnie głodne sukcesu i folkowych panteonów, czarne chmury niemalże lotem błyskawicy opuściły Kraków. I chyba – na całe szczęście – prędko nie wrócą, gdy tak sobie patrzę za okno…

Koncert odbył się w pubie Grodzka 42 Hard Rock Music. Rzec muszę, iż z racji mojej ledwo miesięcznej obecności w grodzie Kraka większość co ciekawszych zakątków nie jest mi jeszcze znana i pub wymieniony wyżej nie był w tym temacie wyjątkiem. Niemniej zakochałem się w nim od pierwszego wejścia. Być może zbyt słodkie i patetyczne to stwierdzenie, ale – odkąd pamiętam – zawsze lubowałem się w tego rodzaju piwnicznych, klimatycznych miejscówkach, których specyficzną, rockową atmosferę wyczuwa się już sto metrów przed bramą. Jeśli dodasz do tego jeszcze zaplecze sceniczne, piwa serwowane w cenie nie raniącej zbytnio twego portfela i świetnych ludzi otrzymujesz istny rockowo – metalowy raj.

Jako pierwsza na scenę wyszła nasz rodzima Cronica. Planowo ich show miał się rozpocząć o dwudziestej, wskutek jednak drobnych problemów natury techniczno – akustycznej całość trochę się opóźniła, co było korzyścią dla mnie samego, gdyż zobowiązania zawodowe (jak to fajnie brzmi… A to przecież zwykła słuchawka, kurde) nie pozwoliły mi na przybycie na czas. Wpadłem gdzieś w okolicach drugiego lub trzeciego utworu, gdy kilkudziesięcioosobowa publika była już należycie rozgrzana. Z resztą trudno się dziwić, bo jaworznianie – ze szczególnym uwzględnieniem Dariusza Dąbka na wokalu – dwoili się i troili, aby zapewnić zgromadzonemu ludowi maksimum konkretnej, folkmetalowej jazdy. A wychodziło im to momentami wręcz wybornie, co również podkreślała żywiołowa reakcja fanów. Niezależnie od tego, czy mieliśmy do czynienia z „klasycznymi” coverami w rodzaju Herr Mannelig (który to utwór przerobił już chyba każdy folkowy zespół na tej planecie), czy też autorskimi utworami, za każdym razem dało się wyczuć niesamowite pokłady potężnej energii bijące ze sceny. A jak już poszli Śpiący Rycerze czy Wilk… tłum oszalał. Na szczególną uwagę zasługiwał gitarzysta prowadzący, którego solówki, choć niespecjalnie skomplikowane technicznie, były grane z pasją i świeżością, tak dzisiaj światu potrzebną. Jedyną małą rysą na wypolerowanym koncertowym szkle był perkusista, który miejscami, delikatnie mówiąc, szału bębniarskimi umiejętnościami nie robił. Mniemam jednak, że po prostu miał chłopak słabszy dzień. Ogólnie rzecz biorąc, Cronica zagrała wyśmienity show i trzymać kciuki należy, żeby im się band rozwijał.

Ledwo żeśmy ochłonęli po Janosikowych dźwiękach, a tu już na scenie zameldowała się główna gwiazda wieczoru, czyli rosyjski Woodscream. Nie będę podejmował się oceny, która z kapel mogła pochwalić się większym potencjałem, jeśli idzie o urodę płci żeńskiej w swoich składach, bo w obu przypadkach było na czym zawiesić oko. Rudowłosa frontmanka krzyczącego lasu okazała się kobietą wyjątkową temperamentną. Nie sposób było jej odmówić wigoru i scenicznej energii. Odniosłem jednak wrażenie, że pomimo niewątpliwej przewagi mniej lub bardziej kudłatych panów publika nie całkiem tę moc podzieliła. Być może fakt ten wynikał z tego, iż partie ludowych instrumentów po wirtuozersku „wygrywał” laptop, a może też i z tego, że po prostu same kompozycje niespecjalnie się broniły. Niby było ciężko, niby łbem też się machnąć dało… ale sama muzyka jakoś niespecjalnie do mnie przemawiała. Być może po prostu to jeden z tych bandów, które studyjnie radzą sobie lepiej niż koncertowo. Nie można jednak było narzekać na brak zaangażowania ze strony Rosjan, którzy mimo wszystko starali się jak mogli, aby show był udany. A i publika, choć – jak wspomniałem – zdecydowanie mniej żywiołowa niż w wypadku Croniki też nie była całkiem statyczna, bo i pogowała, i poskakała nawet. Jeśli miałbym wskazać najmocniejszy punkt występu naszych sąsiadów zza północno-wschodniej granicy (tak, tak, Obwód Kaliningradzki też się liczy), zapewne byłaby to rudowłosa wokalistka. Miała w sobie ogień.

Podsumowując, warto było poświęcić ów wieczór na wpadnięcie do Hard Rock Music przy Grodzkiej w Krakowie i pobawić się przy solidnych, folkowych kapelach. Nawet kosztem całkowitego zgonowania na porannych zajęciach na uczelni…

P.S. Obiecałem sobie, że na przyszłość zaopatrzę się w końcu w jakiś sensowny aparat. Zarówno dla mnie samego jak i dla tych, którym płomienne relacje nie pozwalają na dostateczne zaktywizowanie wyobraźni.