Niedzielny wieczór 9 marca był dniem niezwykłym dla fanów mocnych brzmień rodem z Północy. Do Polski pierwszy raz w historii zawitał Niflheim Festival, a wraz z nim pierwsze swoje koncerty na polskich ziemiach dały prawie wszystkie kapele występujące w jego ramach. Przyznać muszę, że osobiście bardzo wyczekiwałam tej marcowej nocy, a wszystkie koncerty po drodze traktowałam jako swego rodzaju rozgrzewkę przed Niflheimem. Czy słusznie…chyba mogę powiedzieć, że tak, ale czy wszystkie zespoły w pełni usatysfakcjonowały fanów, dając koncerty na miarę oczekiwań – tutaj już można polemizować…

niflheimfest

Jako pierwsi, na rozgrzewkę przed gwiazdą wieczoru, którą miał być norweski Borknagar wystąpili Finowie z symfoniczno black metalowego Shade Empire. Muzyka zespołu przypomina sławne Dimmu Borgir, które czasami potrafi przytłaczać mnogością industrialnych wstawek. Występ należy uznać za udany, choć fanów pod sceną nie zgromadził zbyt wielu. Mimo to, było widać, że muzycy nie zrażają się i dają z siebie wszystko. Charyzmatyczny wokalista starał się rozruszać publiczność jak tylko mógł. Po części się mu to udało, choć na Shade Empire wrocławskie Alibi dopiero wypełniało się ludźmi.

Setlista:

  1. Ruins
  2. Blood Colours the White
  3. Dawnless Days
  4. Traveler of Unlight
  5. Slitwrist Ecstasy
  6. Nomad

Kolejnymi wkraczającymi na scenę byli spadkobiercy Bathory – Ereb Altor. Od momentu, w którym weszli na scenę, aż do momentu, w którym z niej zeszli, Szwedzi zaczarowali publiczność i porwali ją w magiczny i mroczny świat – świat Ereb Altor. Nagle pod sceną znalazło się wielu ludzi, którzy dali się wciągnąć Matsowi i Ragnarowi w muzyczną podróż po mitycznych skandynawskich opowieściach. Zaczęło się od tytułowego utworu z najnowszego dzieła zespołu – Fire Meets Ice, by potem przejść do pieśni z GastrikeThe Mistress of Wisdom, i tutaj publiczność została już ostatecznie pobudzona i zachęcona do zabawy. Cały klimat koncertu wspaniale dopełniał sceniczny wygląd Erebów, umazane czarną farbą twarze oraz stroje, które nie pozostawiały złudzeń, „ku czci” kogo panowie grają (wszechobecne naszywki Bathory). Po szybszej i agresywniejszej kompozycji z Gastrike przyszedł czas na chwilę wytchnienia. Chóralne partie By Honour uspokoiły nieco bawiącą się w klubie publiczność, dając chwilę wytchnienia przed czekającą słuchaczy podróżą do „królestwa lodu i zimna”.  Pieśń, której z racji nazwy festiwalu panowie pominąć nie mogli, powinna stać się jego hymnem. Niflheim – utwór różnorodny, przechodzący płynnie ze spokojnej „kołyszącej się” kompozycji w szybkie i agresywne partie, zagrano znakomicie. Występ zbliżał się do końca, został czas tylko na jeden utwór – Myrding. I tutaj naprawdę było widać, że Szwedzi nie są w Polsce anonimowi, bo ludzie, tak samo jak zespół na scenie – bawili się znakomicie. Erebi zakończyli występ, a publiczność jeszcze przez dłuższy czas dawała wyraz uznania dla koncertu. Duch Quorthona zdecydowanie zawitał tego wieczoru do wrocławskiego Alibi.

Setlista:

  1. Fire Meets Ice
  2. The Mistress of Wisdom
  3. By Honour
  4. Nifelheim
  5. Myrding

Trzecim zespołem, który pojawił się na scenie było norweskie In Vain. Z epickich, hymnicznych kompozycji przeszliśmy do progresywno metalowych utworów. Nie wiem, czy zaproszenie na jedną trasę tak różnych zespołów, która z racji nazwy powinna „trącać” jakimś wikińskim duchem był idealnym pomysłem… Na niewielkiej scenie znalazło się sześciu muzyków, a w takcie jednej z piosenek było ich nawet siedmiu, gdyż do panów z In Vain dołączył klawiszowiec Borknagar – Lazare. Najbardziej w pamięć zapadł pierwszy utwór z nowego albumu ÆnigmaAgainst the Grain. Nagłośnienie idealne nie było, bo w partiach, w których oprócz wokalistów śpiewali także inni muzycy, było słychać nieco zbyt dużo pisku, który mógł przeszkadzać w odbiorze koncertu, jednak na całe szczęście, z czasem nagłośnienie poprawiło się. Mimo wszystko był to jeden ze słabszych występów tego wieczoru, nie ma co ukrywać, że inne zespoły prezentowały się lepiej.

Setlista:

  1. Captivating Solitude
  2. Against the Grain
  3. Hymne Til Havet
  4. October’s Monody
  5. Image of Time (wraz z Lazare Nedland z Borknagar & Solefald)
  6. Floating on the Murmuring Tide

Czwartym, chyba najbardziej folkowym zespołem z całej piątki był Månegarm. Zaczęło się od wprowadzającego w klimat koncertu, niedługiego utworu – Arise z najnowszego albumu Szwedów.  Wstęp koncertu przeszedł w tytułową piosenkę zeszłorocznego krążka – Legions of the North. Po trzecim utworze z nowej płyty – Eternity Awaits, przyszedł czas na pierwszą podczas występu kompozycję w języku szwedzkim – opowieść o nocnej zjawie – Nattsjäl, Drömsjäl z Nattväsen. Następnie Månegarm znów zafundował fanom powrót do nowości w języku angielskim. Cały czas zastanawiałam się, czy to odejście od skandynawskiej mowy wyszło Månegarm na dobre, wiadomo było, że angielskie utwory jest łatwiej „podłapać” i śpiewać wspólnie z zespołem, ale i tak byłam dość sceptycznie nastawiona do tego pomysłu. Jednak występ Månegarm we Wrocławiu pokazał, że nowe pieśni są równie „wikińskie” i porywające, co reszta, a każdy, kto miał przyjemność słuchania Szwedów podczas koncertu mógł się do tych „nowości” ostatecznie przekonać. Wśród starszych pieśni w secie zespołu znalazły się m.in. tak wspaniałe utwory jak: Sigrblot, Vedergällningens Tid, czy I evig tid, a cały koncert zakończył ponad ośmiominutowy, idealnie nadający się do tego „powrót do domu” – Hemfärd. Występ Månegarm był naprawdę udany, a sami muzycy spisywali się wyśmienicie. Jednym zastrzeżeniem może być brak skrzypka w składzie, przez co te „folkowe” partie gubiły się nieco w blackowych surowych dźwiękach zespołu. Jeśli ktoś nie znał utworów Månegarm, to czasem mógł niedosłyszeć skrzypiec. Jednak ten mankament nie przeszkodził w doskonałym odbiorze całego koncertu, który zaliczyć można do najlepszych tego wieczoru.

Setlista:

  1. Arise
  2. Legions of the North
  3. Eternity Awaits
  4. Nattsjäl, drömsjäl
  5. Hordes Of Hel
  6. Sigrblot
  7. Vedergällningens Tid
  8. Vigverk
  9. Sons of War
  10. I evig tid
  11. Hemfärd
  12. Outro

Przyszedł czas na gwiazdę Niflheimu – Borkngar. Mimo całej mojej sympatii do zespołu, występ nieco mnie rozczarował. Czasem wydawało się, że Borknagar bawi się lepiej niż publiczność. Właściwie to sam koncert nie zaczął się najlepiej dla Norwegów, ponieważ basista i jednocześnie wokalista zespołu – Vortex, miał problemy ze sprzętem, przez co część występu została pozbawiona basu, ale za to okraszona była wyskakującym na swoje wokalne partie zza kulisów muzykiem. Całe zdarzenie Borknagar starał się obrócić w żart, muzycy się śmiali, perkusista miał czas na swoje solo, a Athera, zastępujący Vintersorga, ściągnął wciąż widniejące za plecami muzyków logo Månegarm. Niby występ był dobry, niby po początkowych problemach muzycy wskoczyli na „właściwe tory” koncertu, ale jednak z uwagi na wcześniejsze koncerty, Borknagar nie usatysfakcjonował mnie tego wieczoru w pełni. Należy jednak oddać hołd znamienitemu przedstawicielowi progresywnego black metalu za włożoną w muzykę pracę i chęć zagrania na Niflheim Festival.

Setlista:

  1. The Genuine Pulse
  2. Oceans Rise
  3. Epochalypse
  4. Ruins of the Future
  5. Ad Noctum
  6. The Eye of Oden
  7. Drum Solo
  8. Frostrite
  9. Universal
  10. Embers
  11. The Dawn of the End
  12. Colossus

Niflheim Festival we Wrocławiu dobiegł końca. Trzeba przyznać, że pierwsza wizyta na polskich ziemiach wypadła bardzo dobrze, jednak nie wiem czy w przyszłości będziemy mieli jeszcze okazję gościć w naszym kraju tę trasę. Może ludzi nie było mało, ale czy na tyle, by organizator wpisał w kalendarz Niflheimu jedno z polskich miast na powrót – niekoniecznie. Na pewno wielką zaletą trasy było to, że podczas jednego wieczoru można było zobaczyć pięć świetnych skandynawskich zespołów, które osobno prawdopodobnie nie przyjechałyby do Polski, a już na pewno nie zgromadziłyby takiej liczby publiczności w jednym miejscu. Podsumowując, gwiazda wieczoru nieco rozczarowała, a prawdziwe pokłony należą się dwóm szwedzkim zespołom, które wystąpiły na scenie Alibi. Folk metal zwyciężył i zaprezentowany został z najlepszej strony! Ereb Altor i Månegarm pokazały klasę, chociaż osobiście uważam, że drugi występ wieczoru w wykonaniu spadkobierców Bathory przyćmił całą resztę.

 Cóż…pozostaje tylko czekać i trzymać kciuki, żeby Niflheim Festival jeszcze do nas wrócił!

Jeśli ktoś ma niedosyt muzyki Ereb Altor, to już w kwietniu może wesprzeć Szwedów w nieco innym, spokojniejszym wydaniu. Na trzy koncerty do Polski przyjeżdża Isole, które miejmy nadzieję zostanie przywitane równie żywiołowo, co Erebi.