Nazwa mitycznego drzewa – łącznika dziewięciu światów, w których istnienie wierzyli dawni mieszkańcy Skandynawii – wydawać się może zbyt oczywista jak na tytuł albumu zespołu, który inspiruje się folkiem nordyckim; to jednak tylko pierwsze wrażenie. Muzyka, która znajduje się na płycie, jest nieszablonowa i niezwykle magiczna. Minęły cztery lata od czasu, gdy pochodząca z Norwegii Wardruna wydała swój album Runaljod – gap var Ginnunga – rok 2013 jednak przyniósł spragnionym fanom kolejną dawkę pierwotnych brzmień.

wardruna

Czy oczekiwania słuchaczy zostały zaspokojone? Tych, którzy wcześniej z Wardruną niewiele mieli do czynienia – z pewnością. Już pierwszy utwór – Roltaust Tre Fell powoduje wzrost ciśnienia. Mocna kawa nie jest wprawdzie lubiana przez wszystkich, ale działa na każdego. Nikt nie powiedział, że muzyka musi być chwytliwa, przyjemna i ładna. Wardruna serwuje odbiorcy zupełnie inne doznania. Surowe, pierwotne brzmienia doprawione są szczyptą odgłosów natury.

Zespół jest bardzo wszechstronny, jego członkowie swobodnie posługują się różnymi instrumentami i technikami wokalnymi, co można zauważyć m.in. w Fehu; wykorzystano tu zarówno głosy męskie, jak i żeńskie, bębny, instrumenty strunowe. Linia melodyczna chórów została świetnie skomponowana, głosy męskie i żeńskie wzajemnie się uzupełniają; choć technika wokalna przywodzi na myśl śpiew biały, bynajmniej nie są to pogodne, sielskie melodie. Wokale kojarzą się raczej z obrzędowymi, szamańskimi pieśniami, niemal chtonicznymi; nie zadziwia mnie fakt, że założycielem Wardruny jest – grający niegdyś w black metalowym zespole Gorgoroth – perkusista. „Yggdrasilowe” brzmienia są czarne, niepokojące.

Wardruna potrafi jednak wprawiać w osłupienie; po blisko sześćdziesięciominutowej dawce pierwotnych, surowych dźwięków i ostrych, przenikliwych, niepokojących wokali natrafiam na Sowelu – i czuję się, jakbym zobaczyła tęczę po wielkiej burzy. Szybciej, weselej, skoczniej. Wokale nasuwają na myśl Erę; chwilę później jednak burza powraca wraz z szeptami, które brzmią jak głosy demonów lub duchów przodków – zdecydowanie na plus. Śpiew męski staje się bardziej gardłowy, żeński pozostaje nieco w tyle. Słuchacz nie jest przyzwyczajony do takich nagłych zmian klimatu – dosłownie i w przenośni, a umiejętność zaskakiwania odbiorcy to połowa sukcesu.

Muzyka znajdująca się na tym albumie jest bardzo „oralna” – to również przemawia na korzyść płyty. Głosy męskie, żeńskie, szepty, krzyki, śpiewy solowe, chóralne – piano, forte. Piękne barwy głosu, a męskie linie wokalne w ostatnim utworze pt. Helvegen to prawdziwe ukoronowanie dzieła. Choć próby naśladowania dawnych śpiewów ludowych zazwyczaj wychodzą amatorsko, tutaj wokale są świetnie postawione, a sposób ich wykorzystywania – bardzo świadomy. Swoją drogą – Helvegen to moim zdaniem najlepszy utwór na płycie. Świetnie, że znów w tle słychać kruki: dzięki temu album ma kompozycję klamrową.

Ogromną zaletą Wardruny jest umiejętność stopniowania emocji – słychać to choćby w ostatnim utworze, gdzie „balladowe” przyśpiewki przeplatają się z mocnym brzmieniem bębnów.

Jak wypada Yggdrasil w zestawieniu z poprzednim albumem Wardruny? Bardzo dobrze – ale bez rewelacji. Ktoś, kto wcześniej nie słyszał Wardruny, zachwyci się, jednak osoby, które są w twórczości zespołu już dobrze obeznane, mogą mieć pretensje o „odgrzewane kotlety”. Nowy album jest po prostu ulepszoną, bardziej mroczną wersją poprzedniego. Nie znaczy to jednak, że po Yggdrasil nie warto sięgnąć – wręcz przeciwnie. Uważam, że ten nietuzinkowy album powinien znaleźć się na półce każdego miłośnika folku. Warto docenić go również za warstwę tekstową – utwory odwołują się nie tylko do mitologii nordyckiej, ale również do prawd filozoficznych – jak np. w Gibu. Wardruna to zespół bardzo ukierunkowany, konsekwentny w twórczości – i za to chapeau bas. Ktoś mógłby powiedzieć, że przez to stał się przewidywalny… a ja się sprzeciwię.

Moja ocena: 9/10