Wszyscy pewnie przeżywaliście sytuację, w której to zmęczeni, wnerwieni na cały świat wracaliście do domu po dziesięciu godzinach na uczelni i uświadamialiście sobie, że na wczoraj zadeklarowaliście się napisać recenzję ostatniej płyty Skyforger.

Dobra, nie każdy może zdołał doświadczyć niewątpliwych uroków takiego stanu rzeczy, niemniej jednak podejrzewam, że większość rozumuje, do czego piję. Powieki na zapałkach, przed oczami cała paleta świetlistych mroczków, a w umyśle wizja błogiej krainy snu, gdzie nikt nie będzie ci truł tyłka o byle pierdołę. Czy da się w takich warunkach sklecić jakiekolwiek liźnięte choćby sensem słowa, o frazach nie wspominając? Da się. O ile macie na tapecie Senprusija, który prędko winien was postawić na nogi.

Nie chcę być patetyczny, nie chcę również, aby Łotysze zbytnio obrośli w piórka. Trudno mi jednak określić ten album słowem innym niż świetny. Genialny może nie, bo moja wizja geniuszu zacieśnia się w bardzo wąskich horyzontach, ale z pewnością bardzo, ale to bardzo dobry. Jeśli już słuchać folk metalu, to podanego właśnie w taki sposób. Potężne, mocarne wręcz brzmienie, idealnie wyważone proporcje pomiędzy ciężkimi riffami i melodyjnymi wstawkami. Tych ostatnich – na całe szczęście – nie uświadczymy tu przesadnie wiele; stanowią raczej dodatek do całości. Na całej długości albumu zdecydowany prym wiodą fantastyczne gitary, miejscami nawet zahaczające o mistrzostwo (nie geniusz, mistrzostwo, to różnica). Dużo heavy, dużo thrashu i…. Cholera jasna, od groma inspiracji, których zdrowy na umyśle człowiek normalnie by się nie spodziewał. No bo zabijcie mnie, jeśli – Boże, przebacz mi za te słowa – nie usłyszycie tam starej, dobrej Metalliki z okresu Master of Puppets (Sudavu Jatnieki), poszatkujcie ciało i wrzućcie do jeziora, jeśli nie wychwycicie patentów rodem z najznamienitszych kęsów powermetalowych (Herkus Monte). Dużo się dzieje. Chłopaki niemalże ani na moment nie spuszczają nogi z gazu, prąc do przodu niczym KOD na pałac prezydencki, z tym, że u Łotyszów, w przeciwieństwie do tych antypolskich elementów, widać sens i słuszność takiej jazdy.  Nie znaczy to jednak, że Skyforger postanowił zmienić orientację i zawojować rynki inne, niż tylko te viking/folkowe; Konserwatywni koneserzy tradycyjnych melodii także znajdą tu coś dla siebie, chociażby pod postacią pojawiających się tu i ówdzie chóralnych zaśpiewów. Analizując jednak album jako całość, rzec bezsprzecznie należy: Skyforger popełnił dzieło co najmniej świetne, więcej jednak thrashowe bądź heavymetalowe niż folkowe. Mnie to osobiście bardzo cieszy, podobnie z resztą jak i moje uszy. Umiejętne dozowanie melodii winno być nakazem, a nie tylko zaleceniem. Bo czasem się zastanawiasz, czy to metal z folkiem, czy dyskotekowy folklor z gitarami może.

Cóż mogę rzec na koniec? Chyba tylko to, że na następnej manifestacji w Warszawie zamiast ześwirowanych KOD-owców dużo chętniej zobaczyłbym ciężki, ognisty i pełen werwy Skyforger.

9/10