Przyznam szczerze – Słowiańskie Koszmary to pierwsze moje zetknięcie się z antologią grozy słowiańskiej. Jakimś cudem ominęła mnie poprzednia pozycja pt. Krew Zapomnianych Bogów. Nie jestem w stanie więc porównać obydwu antologii, jednak gdy usłyszałem o Koszmarach, przy których współpracowali muzycy z Percivala, wiedziałem, że muszę to przeczytać. Oto i moje wrażenia.

Słowiańskie Koszmary to zbiór piętnastu opowiadań napisanych przez szesnastu autorów. Zanim jednak przejdziemy do meritum treści, otrzymujemy wspaniały wstęp  Witolda Jabłońskiego – pisarza, który w zasadzie zainaugurował w Polsce nurt słowiańskiej fantasy. Piękny to gest dla młodszego pokolenia, które dopiero zaczyna stawiać kroki w romantycznym świecie słowiańszczyzny.

Słowiańskich Koszmarach każde opowiadanie jest odrębną fantazją danego autora. Pierwsze z nich nosi tytuł  Żółte oczy Lasu. Autorka(Dagmara Adwntowska) opowiada nam historię rycerza Siegfrieda Haasa, wysłanego wraz z innymi chrześcijanami po zwłoki Lamberta i Romana, dwóch znanych ze średniowiecznych kronik i roczników biskupów. Główny bohater szybko się przekonuje, że czasem warto uważać na pogańskie zabobony.

Kolejny tekst, który jest mi bardzo bliski, to opowiadanie Katarzyny Bromirskej i Mikołaja Rybackiego, znanych bardziej jako muzycy zespołu Percival Schuttenbach. To właśnie na to opowiadanie czekałem, choć przyznam, że jednocześnie podchodziłem do niego z dużą rezerwą. Przyznam szczerze , że muzycy bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli, pokazując, że nie tylko do muzyki mają talent. Svantevit oczarował mnie mroczną narracją, która naprawdę wzbudza trwogę. Przy opisie niektórych okropieństw dosłownie włos się na głowie jeży i trudno nie dostać gęsiej skórki.

Od zawsze bliski memu sercu był motyw Baby-Jagi; opowiadanie Anny Musiałowicz o tym samym tytule jest
więc kolejnym, które należy do jednego z mych ulubionych w zbiorze. Pośród leśnych odmętów gubią się Mariusz
i Marzena oraz ich córeczka. Bohaterowie przekonają się, że tam gdzie GPS i telefony tracą swą moc, budzi się słowiańska magia. Zmęczone sobą małżeństwo prędko przekona się, że wszystko ma swoją cenę.

W pełnym słońcu Sandry Gatt Osińskiej też leży blisko moich oczekiwań związanych z grozą. Spragniony przygód dzieciak podczas rowerowej przejażdżki wbrew zakazowi mamy zapuszcza się za daleko w głąb pól, gdzie poznaje bardzo nietypowych rówieśników i ich niebezpieczną opiekunkę. Udany tekst.

Całościowo Słowiańskie Koszmary należy uznać za antologię bardzo dobrą, choć zdarzają się niedociągnięcia. Jeśli chodzi o wydanie, spodziewałem się chyba czegoś bardziej w klimacie.  O ile grafika nie jest rażąco brzydka, liczyłam na twardą okładkę z motywem rąk boga na jej środku.W tekście zdarzają się literówki, co może razić. Niektóre strony dowodzą tego, że ktoś zbyt pobieżnie podszedł do powierzonego mu zadania.

Na Słowiańskie Koszmary składają się teksty lepsze i gorsze, jednak (co jest ogromnym plusem) nie ma tu chyba opowiadania , które określiłbym mianem totalnie złego. Wydaje mi się też, że naszej grozie jest za mało grozy. W zbiorze znajdziemy opowiadania, które nie mają z grozą nic wspólnego.

Czy warto sięgać więc ostatecznie po Słowiańskie Koszmary? Zdecydowanie tak. Przede wszystkim dlatego, że
w Polsce jest to pozycja wyjątkowa. Warto także przekonać się, jak z piórem poradzili sobie muzycy Percivala –
i samemu ocenić, czy mogą zostać pisarzami. Słowiańskie Koszmary to kawał dobrej lektury przed snem.