Pierwsze, co rzuca się w oczy przy przesłuchiwaniu drugiego albumu ukraińskiego Swientojara to okładka. Rozumiem jej zamysł i podoba mi się on – zresztą podkreśla przekaz płyty – natomiast z wykonaniem już gorzej. Słaba, plastikowa grafika rodem z początków komputeryzacji to raczej nie jest to, co dodaje klimatu wydawnictwu promującemu słowiańską kulturę.

Ale po przebrnięciu przez okładkę sytuacja polepsza się. Zespół nie proponuje co prawda niczego nowego, natomiast potrafi zrobić dobry użytek ze sprawdzonych patentów. Jest tu więc sporo agresywnego metalu o charakterystycznej melodyce, przeplatanego ludowymi wstawkami, które – co warto zaznaczyć – trzymają dość wysoki poziom. Jeden z utworów („Oj, mala ja czolowika”) zresztą jest w całości oparty na ludowej melodyce i rytmice, i jak dla mnie jest to jeden z jaśniejszych punktów albumu. Więcej takich! Ogólnie w muzyce bardzo dużo się dzieje, często zmienia się tempo, a partie agresywne przeplatają się ze spokojniejszymi i skoczniejszymi, i generalnie nie można do niczego się przyczepić, może poza paroma dziwnymi rozwiązaniami melodycznymi, które mnie kompletnie nie przekonują, na szczęście występują one w śladowej ilości. Co kto lubi.

Muzycznie zatem Swientojar wypada bardzo dobrze, czuć pasję i zaangażowanie, wszystko jest zagrane i nagrane jak należy. Gorzej natomiast jest z wokalami. Dominuje żeński, o dość nijakiej niestety barwie. Czasami brzmi lepiej, czasami gorzej, zwłaszcza wtedy, gdy zahacza o stylistykę rodem z tandetnego symfonicznego metalu – wówczas wydźwięk całości zbliża się wręcz do groteski. Zresztą zastanawia mnie to, bo to już któryś zespół folk metalowy ze wschodu Słowiańszczyzny, który momentami na siłę zdaje się chcieć upodobnić do jakiegoś Nightwisha. Nie wiem z czego to wynika. Wracając do tematu – innym razem pani wpada w bardziej ludowy zaśpiew i wtedy już brzmi to świetnie. Od czasu do czasu  wspomagają ją wokalnie panowie, i tu też mam mieszane odczucia. Growle dają radę, ale czyste śpiewy są znów nieco nijakie, ponadto pewnym problemem jest też fakt, iż melodie w poszczególnych utworach nie są na tyle porywające, aby można było zrobić przy nich dobry użytek ze zróżnicowanych wokaliz. Wokalistka wychodzi z siebie, ażeby zbudować odpowiedni nastrój i przekazać emocje, tylko że reszta zespołu ani kwapi się jej to ułatwić. W efekcie niejednokrotnie wokale brzmią jak nieco oderwane od reszty muzyki. I to jest chyba największa bolączka tego albumu. Zespół dysponuje nie tylko ciekawym i zróżnicowanym instrumentarium, ale również pomysłami – tylko jakoś nie może tego wszystkiego spiąć w taki sposób, ażeby słuchacz potem musiał szukać szczęki na podłodze. Jest dobrze, czasami bardzo dobrze, ale często odczuwa się jakby niedosyt, kiedy budowane napięcie nie znajduje ujścia, a ciągnący się w nieskończoność utwór zwyczajnie zaczyna nużyć. Ale poza tymi bolączkami „Nasza siła” jest przyzwoitym albumem, i przyznaję, że w kilku momentach (głownie tych zdominowanych przez klimatyczne ludowe wstawki) dałem się porwać muzyce zespołu.

Podsumowując: Swientojar sceny raczej nie zawojuje. Ale też chyba nie ma wcale tego na celu robiąc po prostu swoje, a i tak na tle wielu grup pagan/folk metalowych wypada bardzo jasno, zwłaszcza jeśli chodzi o tą folkową część muzyki.

Ocena: 7/10