Tamten jesienny wieczór na długo pozostanie w mojej pamięci. 19 października czas na kilka godzin dla mnie się zatrzymał. Po raz pierwszy miałam przyjemność brać udział w koncercie Wardruny, ale wiem już na pewno, że nie ostatni.

Gdańsk i Zabrze zostały w tym roku okrzyknięte ,,miastami wybranymi”. Nie dziwota, wszak norwescy przedstawiciele muzyki rodem ze świata wikingów przyciągają tłumy. Tak było i tym razem. Dom Muzyki i Tańca w Zabrzu pękał w szwach. Agencje organizujące koncerty, Iron Realm Productions i Metal Mind Productions, miały pełne ręce roboty.

Jako pierwszy na scenie ukazał się austriacki Kaunan, czyli sympatyczne szwedzko-niemiecko-austriackie trio. Muzycy szybko nawiązali dobry kontakt z publicznością, która wydawała się całkiem ukontentowana tym, co się działo na scenie – a działo się sporo; było energicznie, klimatycznie – i z pasją. Kaunan wykonuje nordycki folk, okraszony dźwiękami instrumentów takich jak m.in. lira korbowa i bouzouki. Jeżeli ktoś jeszcze nie słyszał grupy, warto się z nią zapoznać; nie jest to wprawdzie ten rodzaj folku, którego mogłabym słuchać godzinami, ale Kaunan jako support sprawdził się całkiem nieźle.

W końcu nadszedł czas na gwiazdę wieczoru. Odkąd usłyszałam Einara Selvika na żywo w Krakowie, z niecierpliwością wyczekiwałam koncertu Wardruny w Polsce. Moje ciche błagania na szczęście zostały wysłuchane.

Trudno mi oceniać występ norweskiej grupy pod względem technicznym, muzycznym. Trudno mi nawet pisać o tym wydarzeniu jak o koncercie. To było, cytując Sapkowskiego, ,,coś więcej”. Brałam udział w niezwykłym, magicznym rytuale, którego czar wciąż czuję w sercu. Spektakularna introdukcja, wzbogacona dźwiękami rogów i efektownymi wizualizacjami wprowadziła publiczność w trans; chyba każdy fan Wardruny czuł się usatysfakcjonowany, bo muzycy wykonali wszystkie utwory należące do kategorii must be. Nie zabrakło zatem pieśni znanych m.in. z serialu The Vikings,  Fehu czyprzez wielu najbardziej wyczekiwanego – Helvegen. Owacjom na koniec nie było końca. Wzruszony reakcją publiczności Einar Selvik zaprezentował na bis utwór w wersji solo.

W moim osobistym rankingu tegorocznych koncertów ten zdecydowanie zasługuje na miejsce w ścisłej czołówce. Zabrzański koncert był prawdziwą ucztą dla ducha. Czuję niedosyt, lecz przecież w Krakowie Einar obiecał, że będzie do nas wracać…