Gdy Kvitrafn kilka lat temu wypuścił na świat płytę Runaljod: Gap var Ginnunga, świat podskoczył i zrobił fikołka.

Płyta powstawała siedem lat i w żadnym aspekcie nie szła na skróty. Ogień został nagrany przy pochodniach, górski strumień o północy był prawdziwym, górskim strumieniem o północy.

Muzyka była niepokojąca, wwiercała się w duszę subtelnym głosem Lindy Fay, Gaahla i oczywiście samego Kvitrafna. Dominowała pustka, Ginnungagap, z której świat miał się – wedle wierzeń nordyckich – dopiero wyłonić.

To było objawienie, a ci, którzy potrafili je docenić, długo smakowali nową płytę, zachwycali się detalami. Byłem wśród nich, skromny redaktor nieistniejącego już portalu muzycznego Spinner, który jako pierwszy w polskiej sieci doniósł o nadejściu Wardruny. Ta płyta stała się częścią mojej historii, chłonąłem te nuty w środku nocy, w idealnej ciemności, aby tylko wygłuszyć wszystkie zmysły poza słuchem. Zjednoczyć się z tymi pierwotnymi nutami, spleść
z nią każdą strunę swojej duszy.

Po pierwsze – nie zepsuć

Czego można oczekiwać po artyście, którego płyta okazała się objawieniem, wstrząsnęła światem i na nowo zdefiniowała prześmiardnięty wiccą neofolk?

Przynajmniej tego, że kolejna płyta nic nie zepsuje. Niech kroczy pewną ścieżką, wytyczoną choćby przez Iron Maiden – przez wszystkie lata gra w kółko tak samo. Bo lepiej nie będzie. Z pierwotnej, prymitywnej pustki Ginnunga wyłonił się świat. Kształtowały się góry, płynęła woda, trzaskał pierwszy ogień rozświetlając mroki. Pierwszy raz otwierano oczy. Jednak aby odetchnąć tym powietrzem, zachwycić stworzeniem, trzeba było poczekać na płytę Yggdrasil.

Yggdrasil pokazał mi, jak bardzo się myliłem.

Po drugie – znać swoje ograniczenia

Pustka została wypełniona. Kwiaty zakwitły, krew popłynęła w żyłach świata. Światło omiotło lasy, rosa połyskiwała. Yggdrasil okazał się płytą, która oszołomiła bogactwem dźwięków, życiem. Tak jak Ginnunga była celebracją ciszy, Yggdrasil oszałamiał.

Rotlaust tre fell, otwierający płytę manifest Kvitrafna, był jak podmuch wiatru, jak sztorm zwalający z nóg. Kolejne utwory trzymały poziom. Oszałamiające Fehu, hipnotyzujący Naudir, zwalające z nóg Solringen

To była płyta, której się nie spodziewałem. Nie wierzyłem, że może powstać coś lepszego niż Ginnunga, a jednak – w moim odczuciu płyta Yggdrasil była po prostu lepsza. Pełniejsza, ciekawsza, dynamiczna. Była światem, który wyłonił się z pustki. Interesującej, ale jednak pustki, jaką było Ginnunga.

Nie można mnie wobec tego winić, że skoro Kvitrafn udowodnił mi, że jest w stanie przeskoczyć sam siebie, oczekiwałem tego samego po kolejnej płycie. I w tym prawdopodobnie leży problem.

Sokratejska natura prawdy

Z prawdą jest ten problem, że ma konotacje moralne. Dlatego zazwyczaj staram się operować na faktach. Fakty są neutralne, na swój sposób czyste od moralności. Żaden filozof ani recenzent z nimi nie dyskutuje. Fakt jest faktem, albo faktem nie jest, wtedy jest fałszem.

Ale jednak, tutaj musimy dotrzeć do pewnej przykrej prawdy, o której nie raz się przekonałem. Prawdy moralnie dobrej, choć bolesnej:

Wyżej dupy nie podskoczysz

Ta prawda powinna być podsumowaniem całej trylogii Runaljod, zamkniętej krążkiem Ragnarok, po którym spodziewałem się kolejnego objawienia. Niestety, Yggdrasil był dziełem kompletnym, którego nie dało się przeskoczyć. Nie był w stanie tego zrobić nawet sam Kvitrafn, przez co naprawdę dobry album Ragnarok mnie zwyczajnie zawiódł.

Zaczyna się obiecująco. Ragnarok, koniec świata, wielka bitwa, nie mogła wystartować bez porządnego wejścia, marszowych klimatów, rogów i bębnów. Tyr składa obietnicę, niepokoi, rzuca wyzwanie.

Wyzwanie, którego niestety album nie unosi. UruR, mimo tajemniczych chrząknięć, nie unosi klimatu płyty, nie idzie za ciosem. Mimo całych tomów filozofii, jakie można by dopisać do tego albumu, jest to utwór mało dynamiczny. Monotonny nie szamanistyczną medytacją słyszaną na Gap var Ginnunga, tylko realnym powtarzaniem tego samego motywu w kółko.

Isa z kolei odchodzi od stylistyki pierwszej płyty, by zanurzyć się w klimacie Yggdrasil. Utwór odbija się echem po świecie, który właśnie przestaje istnieć. Po raz kolejny można usłyszeć, jak niepozorna Lindy-Fay operuje swoim głosem w sposób absolutnie niepodrabialny, kluczowy dla całego albumu.

Isa to niestety najjaśniejsza gwiazda tego firmamentu. W kolejnych utworach Wardruna dalej miota się między estetyką Gap var Ginnunga oraz Yggdrasil. Choć smutne dźwięki tagelharphe z utworu MannaR czy dziecięce chóry z Odal są powiewem świeżości, to nie są niczym więcej niż… no właśnie. Powiewem. Symbolizowanie odrodzenia związanego z Ragnarok poprzez dziecięce chóry jest ciekawe. Co najwyżej ciekawe.

Nihil novi sub sole

Brak oszałamiającego w poprzednich płytach poczucia, że właśnie stało się coś wielkiego, dokonał się przełom w muzyce, jest prawdopodobnie największym problemem tej płyty. Jest dobra.

Tyle, że jest już trzecia. Jest mało odkrywcza. Jest, nie bójmy się tego stwierdzenia, na swój unikatowy sposób wtórna. To esencja Wardruny, która jest Wardruną i nie stała się niczym więcej. Co gorsza, nie niesie za sobą zachwytu, który towarzyszył oszałamiającemu Yggdrasil. Lepiej by było, gdyby powstała między pierwszym a drugim wydawnictwem, jako preludium miażdżącej, drugiej części.

To jest jednak straszny pech, stworzyć arcydzieło.

Tekst pochodzi z bloga Folkmetalowiec