wolfmare_cover

Folk metal i wszelkie jego wariacje ma w Rosji, jak wiemy, licznych reprezentantów. Większość z nich odwołuje się do rosyjskiego folkloru, tradycji czy do słowiańskiej mitologii. Przy tym wytworzyły dość charakterystyczny styl, wyróżniający je na tle całej sceny folk metalowej. Muzycy tworzący Wolfmare (do 2007 r. znany pod szyldem Wolfsangel) postanowili jednak zerwać z typową dla rosyjskich zespołów stylistyką i próbują grać na, nazwijmy to, „europejską” modłę. Pewnie dlatego, że pochodzą z Petersburga, który zawsze uważany był za najbardziej europejskie z rosyjskich miast.

To tyle, tytułem wstępu, czas przejść do samej płyty. The Sacred Mushroom and the Crows ukazała się 20 czerwca tego roku. Nagrywany w petersburskim studiu InterZvuk (Интерзвук) album zawiera siedem nowych kawałków o łącznej długości 40 minut z groszami. Ozdobiona została wątpliwej jakości okładką wykonaną przez Mariję Surkową (Мария Суркова), znaną lepiej pod pseudonimem Sludge Genius. Ot, grzybki (zapewne miały to być muchomory), zasłaniające pozbawione liści drzewo, dwa kruki, u stóp których leżą ludzkie szczątki oraz księżyc i słońce w górnych rogach. Całość potwornie nieskładna, a wszystko namalowane z naiwnością właściwą małym dzieciom. No ale generalnie ni to ziębi, ni to grzeje, to ma tylko ozdabiać.

Po obejrzeniu słabej okładki, czas sprawdzić, nad czym to muzycy tak intensywnie pracowali od listopada ubiegłego roku. Pierwszy utwór – Miss Barleycorn. Kawałek o dość szybkim, ale jednostajnym tempie. W warstwie wokalnej – na przemian śpiew Dmitrija i Eleny, która mogłaby jednak ograniczyć się do grania na skrzypcach, co wychodzi jej znacznie lepiej. Jej głos brzmi jak smutne pipczenie 12-latki, ewentualnie indyjskiego kastrata. A przy tym, jej angielski pozostawia sporo do życzenia. Wszystko sprawia więcej smutku niż radości. Sam utwór jest koniec końców przyjemny dla ucha, skoczny dość, choć chyba nie do końca przemyślany, bo ciężko wpasować go w określoną stylistykę. No ale idźmy dalej – kawałek Where Toadstool Glows wyraźnie wyrósł z inspiracji norweskim zespołem Storm. Z inspiracji tak dalece posuniętej, że aż ocierającej się o plagiat. Nie wiem jedynie, czy jest to bezczelnie zerżnięty kawałek Mellom Bakkar Og Berg czy Oppi Fjellet, czy może kompilacja ich obu. Nieładnie, oj nieładnie. Po czymś takim należałoby płytę wywalić do kosza, ale obowiązki trzeba wypełnić. Trzeci utwór Preacher’s Daughter rozpoczyna się melodyjką z pozytywki. Jako że jest to utwór o dziecku, ma to sens. Przy okazji jest to miła odmiana. A co później? A później jatka! Utwór o bardzo szybkim tempie, zahaczający stylistyką o punk rock. Mnie się to podoba, wszak z podobnych klimatów wyrosłem. Ale… Niestety jest i ale – refren o kompletnie innym tempie psuje przyjemność słuchania całości. Do tego wokal w refrenie brzmi wyjątkowo nieudolnie, choć do tej pory nie miałem zastrzeżeń do growla w Wolfmare. Słowem – wystarczy wyciąć refren i kawałek będzie w porządku. Twa Corbies to kolejna wycieczka do Skandynawii, znów trąci Stormem. Silniej zaznaczone skrzypki i przede wszystkim – świetna solówka na basie. No ale całość i tak nie porywa. Kawałek gładko przechodzi w następnych utwór – Lust End, który, jako i poprzednik, trąci viking metalem. Całość nudna, miałka. Co gorsza, jest to najdłuższy utwór na płycie, co sprawia, że męka zdaje się nie mieć końca… Szczęśliwie kończy się. I przychodzi czas na Muspilli. Moim zdaniem najlepszy utwór na płycie. Ciekawie brzmiące partie chóralne, w niewiadomo jakim języku (ale raczej nie po angielsku) nadają mu wyjątkowego klimatu. No może są miejscami za szybkie. Ale niestety poprzedzielane są fragmentami o kompletnie innej melodyce, a do tego wygrowlowanymi. Szkoda, wielka szkoda, bo kawałek zapowiadał się naprawdę dobrze, a wyszło jak zwykle. I nareszcie koniec – utwór Herlaþing jest powrotem do wikińskiej stylistyki, nieco przypomina Twa Corbies i Lust End, ale mniej drażni, chociaż znów Elena dorwała się do mikrofonu. Niestety znów nic nadzwyczajnego.

Na koniec stwierdzić muszę z przykrością, że płyta jest słaba. Przy pierwszym odsłuchu może to słuchaczy jeszcze zainteresować. Przy każdym kolejnym, będzie się nudzić, a miejscami wręcz drażnić. Szczególnie ten pożal się Boże growl i wokal Eleny. Piszę to z przykrością, bo pamiętam debiut Wolfmare, który zrobił na mnie naprawdę dobre wrażenie. I to mimo rezygnacji z tekstów w języku rosyjskim. Tym razem jednak muzycy uciekają zdecydowanie za daleko od Rosji. I biegną na północ, do Skandynawii, zapominając, że nie tam jest ich ojczyzna…

Ocena: 3/10