Lubelski Black Velvet Band ma już 5 lat. Do tej pory wydali jeden singiel i jedną epkę. Pięciolatkę zwieńczyli pierwszym długograjem, pt. Pieśni obłąkane. I z tej też okazji postanowiłem zadać im kilka pytań. Dotyczących nie tylko samej płyty, ale i ich przeszłości, teraźniejszości i planów na kolejną pięciolatkę. Na pytania odpowiedzieć postanowili Marcin (gitara akustyczna, wokal) oraz Flavio (bas). Swoje pięć groszy dorzucił też wokalista Jaromir. Efekt (ostrzegam! – jest obszerny!) poniżej.

Półtora roku temu, kiedyśmy ostatnio Was przepytywali, byliście dopiero co po premierze swojej pierwszej epki. Mnie osobiście słucha i słuchało się jej świetnie. Ale ja się na muzyce nie znam. Jak zatem została ona przyjęta przez publiczność?

M: Odzew był naprawdę dobry. W zasadzie nie zebraliśmy chyba za tę epkę żadnej złej recenzji, przeważały opinie pozytywne. Zresztą materiał z epki bardzo szybko stał się rozpoznawalnym elementem koncertów, niemal na każdej sztuce publiczność znała teksty tych trzech kawałków, które zdecydowaliśmy się nagrać. Wydaje się zatem, że Twoja opinia nie jest odosobniona 😉

F: Jej nagranie było dużym zastrzykiem energii dla całego zespołu, zwłaszcza w kontekście późniejszych koncertów – zupełnie inaczej gra się na żywo, kiedy słychać, że ludzie nie tylko słyszeli te utwory, ale i znają ich teksty.

bvb_ep_cover

A co z Waszymi pierwszymi nagraniami? Zespół wyrósł w dużej mierze z fascynacji muzyką celtycką, ale w pewnym momencie (okolice 2010 r. zdaje się) żywa była w Was także ukrainność, że tak to nazwę. Co, swoją drogą, bardzo mi się podobało. Myśleliście może o przeinterpretowaniu starych nagrań? Ot, choćby jako bonusy jakie albo co.

M: Nasz obecny repertuar klarował się długi czas. Mało kto teraz pamięta, że na koncertach grywaliśmy takie rzeczy jak Kałyna-Małyna, Podolanoczka czy cover Nokturnal Mortum Nebo Sumnych Noczej. Ukraiński profil był zasługą pochodzenia Jaromira oraz Kingi, wokalistki która była w zespole w latach 2009-2010. Natomiast im więcej przybywało autorskich kawałków, tym bardziej covery przestawały być potrzebne, zwłaszcza, że nie stanowiły jakiejś super ważnej części repertuaru. Mało tego, po drodze odpadło kilka utworów które kiedyś były żelazną częścią setlisty – wydaje mi się, że zostały wyparte przez rzeczy po prostu lepsze, ciekawsze. Czy do nich wrócimy? Być może kiedyś tak, natomiast na chwilę obecną skupiamy się raczej na tworzeniu nowego materiału niż na oglądaniu się za siebie.

F: O ile obecny repertuar stale się powiększa i jest już na tyle „samodzielny”, że pozwala nam obejść się bez coverów, to jest jeszcze kilka utworów, które wg mnie tylko czekają na odświeżenie i o których szkoda byłoby zapomnieć. Osobiście, podoba mi się też bardzo fakt, że przy nagrywaniu Pieśni Obłąkanych nie musieliśmy się uciekać do ponownego nagrywania materiału z epki. Uznaliśmy, że brzmią na tyle dobrze, iż nie ma takiej potrzeby.

Trącili my przeszłość, przejdźmy zatem do teraźniejszości. Macie LP. Pieśni obłąkane nareszcie są gotowe. Wydawcy niestety nie udało się Wam znaleźć. Podejrzewam zatem, że zadanie mieliście utrudnione. Jak wyglądały zatem prace nad albumem? Kto, gdzie, co i jak?!

M: Tak na dobrą sprawę, pierwsze nasze podejście do Pieśni Obłąkanych miało miejsce już w 2011 roku, kiedy w zasadzie byliśmy jeszcze składem pół-akustycznym. Okazało się, że jest studio i jest producent który chce nam zrobić płytę, wszystko po kosztach na zasadzie wzajemnego dobra – on będzie miał do portfolio, my będziemy mieli płytę za śmieszne pieniądze. Ale dość szybko wyszło, że producent nie ma zielonego pojęcia o folku, a tym bardziej o folk rocku i jego nagrywaniu. Co prawda materiał został zarejestrowany, ale brzmiało to, delikatnie mówiąc, kiepsko. Wszystko było robione na szybko, w pośpiechu, po partyzancku. Zgodnie stwierdziliśmy, że nie ma sensu tego kończyć, bo po prostu jest to słabe. Drugie podejście do Pieśni Obłąkanych, w nieco zmienionej konfiguracji (repertuar płyty zmienił się dość znacznie) zrobiliśmy dopiero po koniec 2012 roku, kiedy Paweł „Hoodee” Chyła po jednym z naszych koncertów podszedł do nas i powiedział coś w stylu „kurwa, musimy to nagrać, bo ten materiał jest zajebisty”! 🙂 No więc od stycznia do marca 2013 szlifowaliśmy repertuar, a w kwietniu zaczęliśmy nagrywać. Hoodee to gość, który zrobił z nami naszą pierwszą EP, więc znaliśmy się już dość dobrze. Zresztą jego celem nadrzędnym było zrobić zajebistą płytę folkowo rock’n’rollową, a nie zarobić jak najwięcej hajsu na dobrze rokującej kapeli. Nagrywaliśmy powoli, bez pośpiechu, dużo odpoczywaliśmy, dużo piliśmy. Hoodee jarał się nagrywkami tak samo, jak my, dużo podpowiadał, sugerował rozwiązania. Był jak siódmy członek zespołu, a to jest bardzo ważne podczas sesji nagraniowej. Od strony finansowej płytę pozwoliły nam nagrać pieniądze zarobione na koncertach. Okazuje się, że można zarobić na graniu na żywo, a jeśli jesteś na tyle wstrzemięźliwy, żeby tej kasy nie przechlać (a nie jest to proste jak w bandzie jest 6 osób w tym wokalista, który chleje więcej niż pozostałych pięć razem), to da się ją sensownie wtłoczyć w działanie bandu. Co do wydawcy, jest to jak szukanie igły w stogu siana. Póki co zdecydowaliśmy się wypuścić pierwsza partię płyt własnym sumptem, a poszukiwania nadal trwają. Po prostu nie chcieliśmy, żeby materiał się zdezaktualizował tylko dlatego, że nie mogliśmy znaleźć wydawcy.

F: Nagrywanie tego albumu było fantastycznym przeżyciem. Niewiele rzeczy cieszy tak, jak możliwość obserwowania rozwoju prostych „pilotów” utworów w pełnoprawne utwory – z mechanicznego klikania, poprzez wysiłek całej kapeli powstaje potężny rytm i melodie, okraszone pomysłami, które potrafiły zaskoczyć nas wszystkich. To kolejny plus pracy w studiu, zwłaszcza z tak dobrym i zaangażowanym producentem jak Paweł „Hoodee”, który ciągle starał się wydobyć z każdego instrumentu to, co najlepsze. Niektóre z aranżacji nie powstałyby, gdyby nie jego sugestie i sam dobrze pamiętam wrażenie jakie zrobiły na mnie symfoniczne wręcz partie skrzypiec z Wiedźmy. Sam Hoodee udzielał się także w partiach gitarowych i można usłyszeć jego talent w kilku utworach. Wszystko to sprawiło, że prace nad albumem przebiegały sprawnie i szybko, a do tego w dobrej atmosferze. Były też momenty, w których pozwoliliśmy sobie na zupełny luz, jak przy sesji nagraniowej tzw. ‚backing vocals’, czego efekty widać było na niesławnym „Making of…” 🙂

J: Oczywiście nie byłoby żadnego „albumu” bez artworku, za który odpowiada Marcin Adamski – kapitalna jego robota.

M: Ja jeszcze pozwolę sobie wrócić do kwestii wydawcy. Wielu ludzi mówi mi: „stary, to jest dobre, niemożliwe, żeby nikt tego nie chciał wydać!”. Ale sprawa jest o tyle ciężka, że obecnie każdy, nawet mało zdolny grajek może nagrać nijaką muzykę w dobrej jakości dźwięku u siebie na kompa i porozsyłać to po wytwórniach. Jak będzie dobrze męczył bułę i będzie miał trochę farta, to w końcu go ktoś wyda. Tracą na tym zespoły, które faktycznie coś sobą reprezentują, które grają świeżo i z polotem. Wiem, że to może brzmieć nieskromnie i wyglądać, jakbyśmy się stawiali jakoś wyżej od innych i jak nad tym myślę, to w sumie tak to ma brzmieć. Bo ja wiem, ba!, jestem przekonany, że nasza szóstka z instrumentami jest 100 razy więcej warta niż jeden koleś układający klocki na ekranie swojego kompa. Czasem, jak patrzę, jakie rzeczy są promowane w radiu czy tv, to nóż mi się w kieszeni otwiera, bo jest dookoła tylu dobrych artystów, a wydaje się lipę, gówno najzwyklejsze. I już pomijam ten cały chłam pokroju Nataszy, Szpaka czy innych Gosi Andrzejewicz. Doszło do tego, że nawet we współczesnym rock’n’rollu promuje się tematy, które są tak do dupy ze bardziej do dupy być się nie da. Uff, chyba mi ulżyło. 🙂

bvb_cover

Radości i bólu trochęście wylali, przejdźmy jednak do zawartości samej płyty. Wsłuchałem się i wczytałem dość dokładnie w teksty i kilka pytań się we mnie zrodziło. Pierwsze odnośnie do drugiego utworu – Banity. Kim ów banita jest? Przyznam, że absolutnie nic mi nie przychodzi na myśl.

M: Banita traktować może tak naprawdę o każdym z nas. Numer generalnie mówi o szukaniu swego miejsca w świecie, swojej przynależności, o tym, jak ciężką drogę trzeba przejść, żeby móc gdzieś przynależeć. Zresztą, początkowo ten kawałek miał nazywać się „Bies”, a bies wedle dawnych podań i legend to duch, demon, który nie zamieszkał w żadnym ciele i błąka się po świecie cały czas szukając. Natomiast bezpośrednią kanwą do napisania tego tekstu były krwawe dzieje ludu irańskiego, który w swojej symbolice używa motywu lwicy trzymającej szpadę:

za lwicę i szpadę, upadnę do kolan
smaku swej ziemi nie zaznam, póki nie skonam

Podczas pisania tego numeru Xymena dodała charakterystyczny, orientalny motyw, który tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że tekst do tego numeru to strzał w dychę !

A co z Wiedźmą? Dlaczego akurat ten utwór wybraliście na singiel? I na kogo owa wiedźma czeka? A, no i jeszcze jedno – kto się tam drze?! Będziemy mieli okazję w przyszłości częściej słuchać growla na Waszych płytach?  

F: Wybór Wiedźmy na singiel był uzasadniony tym, że ma w sobie większość elementów, które są tak charakterystyczne dla brzmienia całej grupy – żeński i męski wokal, zarówno spokojniejsze jak i bardziej dynamiczne elementy, a do tego połączenie prostych pomysłów z nietypowymi aranżacjami. Myślę, że był to lepszy wybór niż postawienie na typowo przebojowy utwór, który skupiałby się tylko i wyłącznie na jednej z tych rzeczy. Dodam też, że bardzo cieszy mnie ta decyzja, bo Wiedźma to w zasadzie debiut moich własnych muzycznych pomysłów.

J: Z Wiedźmą to jest zabawna sprawa w sumie, bo to utwór niedokończony, co nie znaczy, że niekompletny – czekał na, powiedzmy, drugą połowę – nie wiadomo co się stało z postacią, która weszła za bramę i co jej ta wiedźma zrobiła, ale być może te niedomówienie właśnie nas zauroczyło (zupełnie jak ta wiedźma…) i zadecydowało o zagraniu tego numeru w takim, a nie innym kształcie. Kto wie, może ta historia powróci pod postacią Wiedźmy II..?

M: Fakt, nie wiadomo kim jest ta wiedźma ani na kogo czeka – nawet ja tego nie wiem. Generalnie do stworzenia tekstu natchnął mnie stary dom, który stoi w centrum Lublina, otoczony zarośniętym, dzikim ogrodem i ogrodzony metalowymi kratami. Pamiętam, że pierwsze linijki zapisywałem na swoim telefonie komórkowym zaraz po pierwszym spotkaniu z tym dziwnym miejscem – moja wyobraźnia dość sprawnie działa w takich chwilach. Nie wiem, jak na Ciebie, ale na mnie dość mocno oddziałują takie tajemnicze historie umiejscowione w jakichś dziwnych lokalizacjach. Miała być atmosfera grozy, oniryczny klimat który w zestawieniu z muzyką udało się osiągnąć. Mój Ojciec powiedział, że to taka trochę ćpuńska wizja, w klimacie Jimiego Hendrixa – faktycznie, brakuje tylko purpurowej mgiełki 🙂

Co do nagrania – z partiami growli pomógł nam Mateusz „Sado” Sadowski, niegdyś wokalista death-core’owej kapeli Autopsy Of Your Body. Zajrzał kiedyś do studia akurat, jak robiliśmy wokale, a że jest fanem naszej muzyki, bez wahania przystał na nagranie kilku gościnnych wrzasków. Na próbach i koncertach robię to zwykle ja, ale na nagraniu woleliśmy skorzystać z usług profesjonalisty. Nie wiem, czy w przyszłości będziemy używać tej techniki wokalnej na kolejnych płytach, to wszystko zależy jaki materiał wyklaruje się w naszej sali prób, gdy skończymy promować Pieśni Obłąkane i zabierzemy się do robienia nowych numerów. Jest to oczywiście opcja, która dodatkowo uatrakcyjnia tematy wokalne w zespole, ale musi być dobrze przemyślana i rozplanowana.

Tajemnicze historie zawsze na propsie! Wspomniałeś o onirycznym klimacie w Wiedźmie, dość częstym w literaturze romantycznej. W Waszych tekstach generalnie jest wiele romantycznych (w literackim znaczeniu) odwołań do słowiańskiego pogaństwa. Szczególnie widoczne jest to w utworze Od serca ku niebu, który jest swego rodzaju modlitwą skierowaną do słowiańskich bóstw. Sam tytuł na myśl przywodzi jednoimienny utwór rosyjskiej Arkony, ale, jak można usłyszeć, nie ma on z nim nic wspólnego. Czy mimo to jest on jakkolwiek zainspirowany muzyką Rosjan?

J: Nie jest on w żaden sposób inspirowany jakimś konkretnym folklorem, np. rosyjskim. Ale spoko, raz już się dowiedzieliśmy, że nasze koncertowe intro – Śpisz jak kamień, to cover Kata

M: Arkona to zespół, który lubimy i podziwiamy, i na pewno w pewien sposób nas inspiruje. Od Serca Ku Niebu, zwłaszcza wersja studyjna, może przywodzić na myśl Arkonę nie tylko ze względu na tytuł, ale chociażby na rozbudowane partie skrzypiec i mandoliny. Wiesz, tytuł wyszedł trochę przypadkowo, bo to po prostu fragment z tekstu, ale wydał nam się najlepiej pasujący. Roboczo wołaliśmy na to różnie, najczęściej „Perun” albo „Gdy Dzień Nowy Wstawał”. Od Serca Ku Niebu najlepiej jednak oddawało istotę kawałka i przy tym tytule postanowiliśmy zostać. Tak, jak wspomniał Jaromir, mamy jeszcze na tej płycie drugi numer, który w podobny sposób nawiązuje do innego zespołu i ich hitu – Śpisz Jak Kamień niegdyś nagrał przecież zespół Kat. I faktycznie, jakiś czas temu jeden dziennikarz opisując nasz występ, napisał, że zaczęliśmy coverem Kata w ciekawej, folk metalowej aranżacji. A w całej piosence zgadzają się tylko 3 słowa! Mieliśmy niezły ubaw.

Cóż, moim zdaniem Wasze i Kata Śpisz Jak Kamień to dwie zupełnie różne piosenki… No ale nieważne, idźmy dalej. W utworze Szczurołap niespodziewanie do śpiewu dołącza się grupka dzieci. Kim one są?

J: Trzymamy je w piwnicy, tak na specjalne okazje – np. na nagranie albumu, czy coś.

M: To oficjalna wersja. 🙂 A tak serio, dzieciaki „wypożyczyła” nam moja koleżanka z pracy, Kasia. Kiedyś po prostu puściłem po zakładzie pytanie, czy ma ktoś dzieci, które mogłyby zaśpiewać kilka wersów z nami w studio. Kasia powiedziała, że może nam grupkę małych rozrabiaków skombinować, więc dogadaliśmy się i zaprosiliśmy ich na próbę. Jej synek Kubuś oraz jego koledzy Alex i Norbi szybko załapali klimat i dali nieziemskiego czadu – najpierw na próbie, potem podczas nagrań w studiu.

Patent z dziećmi przyszedł mi w zasadzie od razu podczas pisania Szczurołapa. Zapewne kojarzysz legendę o Szczurołapie z Hamelin, który w rewanżu za nieuczciwe potraktowanie przez władze miasta, w nocy, po cichu, posługując się dźwiękami wygrywanymi za pomocą swojego czarodziejskiego fletu wyprowadził z grodu 300 dzieci, które już nigdy nie wróciły do swoich domów. W tym kawałku, który opisuje jego dalsze losy i jest swego rodzaju żalem za grzechy, aż się prosiło o użycie głosów dzieci – żeby dodać utworowi dramaturgii, żeby jego finał był bardziej przerażający. Na początku reszta zespołu patrzyła się na mnie jak na wariata, ale byłem tak zapalony tym pomysłem, że w końcu i oni się do tego przekonali. Bardzo się cieszę, że ta akcja się udała bo dokładnie o taki efekt mi chodziło!

bvb_band_new

I wyszło świetnie! Tylko wypuśćcie te dzieci z piwnicy… Ostatnie moje pytanie w zakresie zawartości muzyczno-lirycznej waszej płyty dotyczy utworu Jechali Kozacy. Dotyka on owej porzuconej ukrainności, o której już wspominałem. Jest to ludowa pieśń ukraińska. Znam jej oryginalną wersję (o ile można w ogóle o takiej pisać w przypadku pieśni ludowych) i stwierdzam jasno – muzycznie jest to absolutne novum! I tu pytanie – kto z Was i dlaczego wpadł na pomysł takiej właśnie, tak różnej od oryginalnej, aranżacji?

J: Generalnie ludowy pierwowzór to piosenka o charakterze wychowawczym dla młodych dziewcząt – żeby nie hulały za kozakami, bo wezmą na konia, powiozą w siną dal i tyle dziewkę widzieli. Mało tego, sama melodia pierwowzoru jest żwawa i wesoła, podczas gdy dziewkę czeka śmierć, co jest jednak niedomówione. Kiedy przyszedłem na próbę i usłyszałem nową melodię, to nie było jeszcze do niej jakiegoś konkretnego tekstu, więc wziąłem w ręce opracowanie ukraińskich pieśni ludowych i stwierdziłem, że tak, to jest to! Aby związać ostatecznie tekst pierwowzoru z nową, dramatyczną melodią, pozbawić się możliwości posądzenia o przypadkowość doboru i ostatecznie zwieńczyć dzieło zniszczenia, dodałem szczyptę wersów obrazujących marny koniec Hali.

F: Aranżacja tego utworu rozwijała się wraz z zespołem i kolejnymi zmianami składu, chociaż oryginalny zarys był już widoczny od samego początku – melancholijna, tęskna ballada pełna przestrzeni, roztaczająca przed słuchaczem obraz ukraińskich stepów. Od pierwszej próby z zespołem wiedziałem, że ten utwór będzie moim faworytem z całego repertuaru, tak więc starałem się dopasować swoje pomysły tak, żeby nie zaburzyć pierwotnej wizji. Chociaż pieśń ta nie została napisana, a jedynie zaaranżowana przez zespół, to bardzo cieszę się, że zdecydowaliśmy się ją nagrać i do tej pory jest dla mnie najlepszym momentem z całej płyty – niesamowite połączenie skrzypiec i wokalu sprawiają, że znajomość języka ukraińskiego nie jest konieczna by poczuć zawarte w tym utworze emocje. I to jest chyba jego największym atutem.

M: Nie do końca jest tak, jak Flavio mówi – to nie jest aranżacja, a po prostu nasz utwór z tradycyjnym tekstem. Wyszło przypadkowo. Zacząłem na próbie grać motyw główny, wszyscy podłapali, zaczęliśmy jamować. Jaromir, zwykle jak jamujemy, bierze starą księgę z ukraińskimi i białoruskimi utworami, znajduje jakiś tekst i śpiewa do muzyki. Najczęściej potem to olewamy i robimy własne teksty, ale akurat wtedy Jaro śpiewał tekst do Jechali Kozacy i wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że brzmi to nieźle i można by tak to zostawić. Warto chyba w tym miejscu zaznaczyć też, że w czasie kiedy ten numer powstawał (była to końcówka 2010 roku) tylko Jaro znał oryginał tej pieśni, my nigdy wcześniej jej nie słyszeliśmy. Pamiętam, że byłem w niezłym szoku, gdy usłyszałem ten utwór w tradycyjnym wykonaniu – wiesz, przyzwyczaiłem się, że to ponura, smutna pieśń a tu taka niespodzianka!

Heh, moja reakcja była podobna, tylko w drugą stronę. Wróćmy do samego krążka – Pieśni obłąkane można pobrać „za zupełną darmochę” z sieci. Wśród Waszych fanów są jednak zapewne i tacy, którzy lubią na półce mieć fizycznie istniejącą płytę. Czy i gdzie będzie można ją nabyć?

M: No cóż, póki co w Empiku płyty nie kupisz… Ale będzie ją można nabyć przez sprzedaż wysyłkową oraz na koncertach. Do sieci wrzuciliśmy płytę na darmowy download specjalnie, bo przecież i tak ktoś prędzej czy później by ją zripował i wrzucił na jakiś torrent czy warez. A tak może sobie legalnie pobrać płytę bezpośrednio od zespołu i to w zasadzie w najlepszej jakości. Oczywiście kto będzie chciał mieć krążek w pudełku, z grafiką HD i książeczką z tekstami, to sobie to od nas kupi, ale jeśli wystarczać mu będzie mp3 no to spoko. Celem nadrzędnym jest, żeby nasza muza dotarła do jak największej liczby odbiorców. Nieważne czy w postaci mp3, czy na płycie, czy jeszcze jakoś inaczej.

F: Obecnie, kiedy płyty w formie fizycznej stały się raczej przedmiotem kolekcjonerskim, udostępnienie płyty za darmo w sieci wydawało się być najlepszym wyjściem. To, co najbardziej napędza zespół i zapewnia jego ciągły rozwój to koncerty, tak więc możliwość przesłuchania całości materiału sprzyja zachęceniu większej ilości ludzi do przychodzenia na nasze występy. A jeśli ktoś zechce mieć ładnie wydany album w najlepszej jakości, to też nic nie będzie stało na przeszkodzie.

Pieśni obłąkane brzmią mi mocniej i szybciej niż Wasza epka. Można to uznać za trwałą tendencję rozwojową?

M: Na pewno duża w tym zasługa pełnego zestawu perkusyjnego, który na EP zastąpiony był bębnem huculskim, który siłą rzeczy miał mniejszy atak. Jarek, nasz obecny bębniarz, to koleś, który posiada ciężką łapę, a co za tym idzie – dość potężne uderzenie. Do tego lubi poszaleć za perkusją, stąd też większa drapieżność materiału. Faktycznie możesz mieć rację, że to tendencja rozwojowa bo cała ta moc i szybkość, o której wspominasz, to w zasadzie świadectwo naturalnej ewolucji zespołu – to nie jest jakiś głęboko przemyślany zabieg, to się po prostu dzieje. Powiem Ci, że w tej chwili nowe numery, które powstają w naszej kanciapie są jeszcze ostrzejsze i jeszcze mocniejsze, choć pragnę w tym samym miejscu uspokoić, że nie chcemy być kolejnym klonem Eluveitie czy Finntrolla i na pewno nasza muza nie idzie w tę stronę. Rozwijamy raczej styl, który wypracowaliśmy na pierwszej płycie.

F: Utwory może i brzmią mocniej i szybciej, ale moim zdaniem też bardziej melodyjnie. Wspólne koncertowanie i tworzenie nowych utworów zespoliło nas i wzmocniło jako całość, ale także rozwinęło każdego z osobna. Dzięki temu brzmienie jest po prostu lepsze. Jedną z najprzyjemniejszych cech BVB jest to, że żaden pomysł nie zostaje odrzucony od razu, z definicji, na zasadzie „to nie brzmi jak BVB”. Pomimo różnych klimatów muzycznych, w jakich się każdy z nas obraca, udaje nam się ciągle łączyć te rozmaite wpływy w jedną, wspólną całość.

W mijającym roku zagraliście niemało koncertów. W tym obok takich tuzów, jak Radogost czy Dalriada. Nareszcie także poza granicami Lubelszczyzny. Jak wyglądają Wasze plany koncertowe na kolejny rok?

M: W 2014 roku planujemy pojeździć trochę po Polsce, zwłaszcza, że od kiedy płyta hula w sieci, już trafiło się nam parę propozycji koncertowych z różnych miejsc w Polsce. Generalnie założenie jest proste, jak budowa cepa – łapać jak najwięcej propozycji koncertowych w różnych miejscach na mapie, bo wtedy docierasz ze swoją muzą do coraz większego grona odbiorców.

F: Oby jak najwięcej koncertów – przede wszystkim w miejscach, w których jeszcze nie graliśmy, a gdzie zdążyliśmy już zdobyć oddanych fanów (Cześć Igor!). 🙂

Na koniec pytanie z innej beczki – scena folk metalowa stale się rozwija. Coraz intensywniej także w Polsce. Czy są jakieś projekty, którym szczególnie kibicujecie?

M: Myślę, że z czystym sumieniem możemy wymienić tu kapele z którymi nasze drogi już się kiedyś przecięły. Trzymamy kciuki za naszego lubelskiego Belegosta, który radzi sobie coraz lepiej i mimo młodego stażu, widać dość pokaźny rozwój kapeli. Na mnie osobiście zrobił też wrażenie krakowski Netherfell, który ma bajecznie zajebistą dziewczynę na wokalu i bardzo fajnie kombinują z różnymi dziwacznymi instrumentami ludowymi.

F: Przede wszystkim zaprzyjaźnionemu lubelskiemu Belegost, który rozwija się nad podziw szybko i z koncertu na koncert widać, że mają przed sobą wielką przyszłość. Oprócz tego trzymam mocno kciuki za białoruski Litvintroll, który nie tylko wydał niedawno kolejny genialny album, ale który także absolutnie miażdży na żywo!

To by było na tyle. Pożegnajcie się jakoś ładnie z naszymi czytelnikami!

F: Słuchajcie naszej płyty, opowiadajcie znajomym o zespole i do zobaczenia na koncertach! 🙂

M: Bierzcie tę płytę, ściągajcie ją, piratujcie na potęgę, wrzucajcie na torrenty, warezy, youtube, xvideos, redtube i wszędzie, gdzie się jeszcze da! No i jedzcie dużo ogórków kiszonych!