Wywiad ze Skálmöldem

skalmold-wide
Wywiadu udzielili Þráinn (pierwszy od prawej) oraz Snæbjörn (drugi od lewej).

 

FM.pl: Odwiedzacie Polskę drugi raz. Jakie są wasze wrażenia? Proszę o szczerą odpowiedź.

Þ: Może ja zacznę. Wczorajszy wieczór we Wrocławiu był zdumiewający. Ja bardzo bardzo lubię Polskę, naprawdę. A wczorajszy wieczór był fantastyczny. Gdy tylko wyszliśmy na scenę, tłum oszalał i zostaliśmy wspaniale przyjęci. Sądzę, że to był dotąd najlepszy koncert tej trasy, jeśli chodzi o publiczność.

S: To ciekawe, że po wizycie w Niemczech, gdzie byliśmy przedwczoraj, różnica jest tak wyraźna. Niemiecka publiczność jest jakaś sztywna, stoją tam…

FM.pl: …jak w armii.

S: Haha, tak, widzę, że wiesz o co chodzi. W Polsce ludzie są wyluzowani, dają się pochłonąć, chcą się poruszać. Wczoraj było pogo. Niemcy tylko się rozglądają. Poza tym ludzie tutaj są bardzo przyjaźni, chętnie podchodzą, chcą z nami rozmawiać, a my to właśnie lubimy. No i laski są naprawdę niezłe!

Þ: Jak to się dzieje, że macie w Polsce tak piękne kobiety?!

FM.pl: Wynagrodzenie za cierpienia wojenne.

Þ: [śmiech] Już rozumiem!

FM.pl: Dlaczego „Skálmöld”?

S: Mieliśmy wiele pomysłów na początku. I to był właśnie jeden z nich. Nie pamiętam, kto to wymyślił. Dosłowne znaczenie to jakby „czas wojny i terroru”. Słowo to było używane w Islandzkiej historii w czasie wojen klanów i wojen domowych. Tym słowem się je określało. Poza tym, to wygląda dobrze. Rozumiesz, mamy akcent, mamy umlaut.

FM.pl: Wygląda metalowo.

Þ: Tak, wygląda metalowo.

S: Często zadają nam pytanie „czy próbujecie wyglądać bardziej metalowo z tym umlautem?” – „Nie, kretynie, to islandzki! To tak wygląda!”

Þ: Tak, właśnie tak to piszemy. Pierwszy raz słowo to pojawiło się na piśmie w Völuspá, które mówi o końcu świata. Ragnarök, vargǫld, skálmöld i wszystko poszło do diabła.

S: I to jest fajne. Jest bardzo islandzkie, dlatego to wybraliśmy.

FM.pl: W jakim wieku zainteresowaliście się mitologią, legendami, lokalnym folklorem, muzyką? Jak ta fascynacja się zaczęła?

Þ: Dla mnie to wszystko było bardzo naturalne, bo już w bardzo młodym wieku słuchałem metalowych zespołów. Iron Maiden, KISS. To było coś, czego nie widziałem u siebie w Islandii. Miałem 6 albo 7 lat, gdy kupiłem swój pierwszy metalowy album. Nie wiem dokładnie, jak to było z mitologią, islandzką czy nordycką, bo to jest coś, z czym po prostu dorastałem. Śpiewaliśmy o tym, jest to w naszej kulturze, w naturze.

S: U nas uczą tego na samym początku szkoły. Mitologia tam po prostu jest, zawsze. Nikt nam tego nie wpaja. To jest wielka część tego, kim my – Islandczycy – jesteśmy. Dlatego sądzę, że nie da się ominąć tych legend i mitów. Nie pamiętam, jak to się zaczęło w moim przypadku. W jakiś sposób zawsze o tym wiedziałem. Mój świętej pamięci tata był wielkim entuzjastą mitologii, więc możliwe, że zagłębiłem się w to bardziej niż inni. Ogólnie, każdy człowiek w Islandii wie trochę na temat mitologii. To zwyczajnie kwestia tego, kim jesteśmy, nie zainteresowań.

Þ: Także… gdy przyjedziesz do Islandii, zobaczysz, że to jest „oficjalnie” kraj chrześcijański, wiesz, luterański. Ale opinia o Kościele jest negatywna. A gdy przejdziesz się ulicą zobaczysz „zgromadzenie Baldura”, „zgromadzenie Lokiego”, „zgromadzenie Odyna”, wszystkie ulice nazwane według mitologii nordyckiej. Okej, można tam wierzyć w Boga, ale rozumiesz, „my wciąż tu jesteśmy”.

FM.pl: Zauważyłem, że staliście się bardzo sławni w Islandii. Nawet małe dzieci uczęszczają na wasze koncerty. Moglibyście krótko opisać swoją sytuację w ojczyźnie? Czy staliście się tam gwiazdami?

S: Krótko mówiąc: tak. Szczerze, nie wiemy, jak to się stało. Wydawało się nam, że jesteśmy zespołem metalowym. Najwyraźniej udało nam się dotrzeć do rodaków. Uzyskaliśmy ostatnio status złotej płyty. Radio nie puszcza zbyt często naszych piosenek, nie mówią też zbytnio o nas, ni w radiu, ni w telewizji. Ale ogólnie media są bardzo entuzjastycznie do nas nastawione, ludzie przychodzą na koncerty, to wspaniałe.

Þ: Mamy występy dla wszystkich grup wiekowych. Wtedy gramy specjalne koncerty około godziny 16, a uczestniczą dzieci nawet dwuletnie, oczywiście z rodzicami. To są nieziemskie koncerty. Sześcioletnie dzieciaki znają teksty lepiej niż my. A potem się z nimi spotykamy. To jest ważne, bo nie dorastają w przekonaniu, że heavy metal jest dla nich zły. Wiedzą, że to dobra muzyka.

S: Staliśmy się trochę mainstreamowi. Mamy też kontakt z orkiestrą symfoniczną. Organizujemy koncerty z całą pieprzoną orkiestrą. Dotąd dwa zostały wyprzedane.

FM.pl: Jak bardzo Heidenfest 2011 wpłynęło na waszą karierę?

S: Nie wiem. Chyba nie odczuliśmy jakiejś wyraźnej różnicy.

Þ: Wydaje mi się, że – jako zespół z Islandii – dostrzegliśmy, że Europa jest czymś osiągalnym. Żyjemy na wyspie, dlatego cholernie trudno się stamtąd wydostać. Więc, gdy jeździliśmy z Heidenfest, zrozumieliśmy, iż jest to coś, czego możemy dokonać. Aktualna trasa jest naturalnym następstwem Heidenfest. I sprawia nam to więcej satysfakcji, bo wiemy, czego oczekiwać. Nasze imię zostało trochę rozgłoszone. Sądzę, że Heidenfest otworzyło nam drzwi.

S: Zgadzam się. Popchnęło nas do czegoś więcej. Stało się pierwszym krokiem do drugiego etapu dla Skálmöldu.

FM.pl: Wydaliście nowy teledysk Gleipnir. Jest on bardzo pomysłowy, a zarazem zdumiewający, gdy ukazuje piękno islandzkiej natury. Dobra robota! Jakie były cele? Co chcieliście pokazać w tym klipie?

Þ: Nie chcieliśmy pokazać siebie! Właściwie… nie dostaliśmy za to żadnych pieniędzy, jeśli myślisz, że reklamowaliśmy nasz kraj, haha!

S: Spotkaliśmy tego gościa, Kanadyjczyka, Bowena Stainesa. A Bowen Staines to prawdziwy geniusz. Wyreżyserował… jaka to była piosenka?

Þ: Sólstafir – Fjara.

S: Tak, Fjara. Wiedzieliśmy, czego dokonał. To świetny facet i doskonale widział, co chcieliśmy zrobić. Więc spotkaliśmy się dwa, może trzy razy i krótko omówiliśmy, co jest okej, a czego nie chcemy. A później on po prostu to zrobił. Zaczęliśmy wspólnie układać scenariusz, a potem już się nie wtrącaliśmy. Więc chyba nie chcieliśmy niczego ukazywać, po prostu daliśmy mu swobodę.

Þ: Tak. Znał słowa, wiedział, o co chodzi. A piosenka… właściwie, teledysk nie odzwierciedla tekstu pojedynczej piosenki. W tym jednym klipie zamknęliśmy cały album. Cała ta historia w jednej piosence. Wyszło całkiem fajnie.

FM.pl: Kim są dzieci śpiewające w Heima?

Þ: To córka naszego producenta i jej dwie koleżanki.

FM.pl: Tylko troje dzieci?

Þ: Tylko troje i śpiewają tam kilka razy.

FM.pl: To brzmi, jakby to była jakaś drobna grupa przedszkolna.

Þ: Tak.

S: Nasz producent to czarodziej. Prawdziwy czarodziej.

FM.pl: Jakie jest wasze najciekawsze wspomnienie z dotychczasowej historii zespołu?

Þ: Wydaje mi się, że najgodniejszym wspomnienia wątkiem w naszej historii jest moment, gdy nasz producent zdecydował, że nie możemy nagrywać żadnych solówek, dopóki w studio nie pojawi się wielki głaz. Wyszedł, pojechał nad wybrzeże oceanu, znalazł wielką pieprzoną skałę wulkaniczną, wsadził ją do auta… Kamień jest wielki. I znakomicie mi pasuje. Za każdym razem, gdy nagrywam solówkę, stawiam na nim stopę i solówki wychodzą zajebiste!

S: Było to w 2010 roku, a kamień wciąż tam jest. Nie chce się ruszyć, nie wyniesiemy go ze studia. Sądzę, że to najbardziej pamiętne wydarzenie.

Þ: Na pewno jedno z najważniejszych.