Nie ukrywam, że do napisania kilkunastu zdań o tym albumie zbierałem się blisko od jego premiery, która miała miejsce w 2011 roku. Bardzo trudna, wolna i ciężka w odbiorze muzyka, która potrzebowała prawie ośmiu lat, żebym mógł w końcu podjąć się jej recenzji.

Dawniej, kiedy byłem wielbicielem lekkiej odmiany folk metalu, odbijałem się prawie przy każdym odsłuchu debiutu grupy, wywodzącej się ze wschodniej części Anglii. Po kilku latach, kiedy wstąpiła we mnie dusza mroczna jak kawa i zacząłem zagłębiać się w cięższe odmiany metalu poznałem zespół The Meads of Asphodel. Zauroczony ich dziwnymi kompozycjami, postanowiłem co nieco dowiedzieć się o nich. Po krótkim “riserczu” w internecie przeczytałem, że lider – i wokalista także – zdziera struny głosowe również w The Wolves of Avalon, w zespole, o którym dawno temu zapomniałem. Niewiele myśląc, odpaliłem Carrion Crows Over Camlan.

Nie przypominałem sobie, żeby było w tym aż tyle folku; zapamiętałem to jako wolny black metal z doom’owym sznytem. Cóż, miła to niespodzianka była – skrzypce czy też gitary akustyczne są wszechobecne na tym albumie. Flety i drumla też mają swoje miejsce. Fakt, dalej uważam, że jest w tym dużo gatunków wcześniej wymienionych, ale w tej chwili jestem bardziej skłonny nazwać to folk metalem.

The War Song of Beli Mawr

Muzyka prezentowana przez podopiecznych Godreah Records zdecydowanie nie jest dla wszystkich. Szczerze wątpię, żeby osoba, która uważa Korpiklaani czy In Extremo za ideał folk metalu (ja, kilka lat temu) i nie słucha przy tym gatunków z wyższej półki ekstremalnego metalu (również ja) będzie się dobrze bawić słuchając tego. Mi na szczęście udało się dojrzeć do takiej muzyki; klimat, który mi oferowała pozostanie w mojej pamięci i głośnikach na długo. I dalej uważam, że jest to trudny twór, niemniej jestem usatysfakcjonowany z każdej godziny spędzonej z tą płytą. Nie ma że boli!

Jeżeli komuś nie chce się słuchać Carrion Crows Over Camlan w całości, ma jeszcze dwie opcje, żeby się przekonać. Pierwszą jest uwierzenie mi na słowo. Drugą – bardziej przekonującą – będzie przesłuchanie utworu
The War Song of Beli Mawr. To kwestia czysto subiektywna, ale to mój ulubiony kawałek na albumie. Zawiera on wszystko co najlepsze, co ów grupa ma słuchaczom do zaprezentowania; od ciężkiego klimatu pokazanego przez trudną do przebicia ścianę dźwięku, po partie gitarowe świetnie uzupełniane przez folkowe instrumenty. No i ten bridge, cudo.
Żeby nie było, nie jest to jedyna piosenka na płycie, którą polecam. Mamy jeszcze smutną i ponurą balladę The Last Druid, gdzie to właśnie ona, przekonała mnie kilka lat temu do bliższego zapoznania się z tą grupą. Poza tym British Tribes Unite i Song of the Graves, o których nic nie powiem, sami się przekonajcie.

Tak jak wcześniej wspominałem, The Wolves of Avalon to nie muzyka dla wszystkich, być może dla mniejszej liczby odbiorców, którzy mieli lub będą mieli okazję zapoznać się z ich twórczością. Carrion Crows Over Camlan był albumem, który narobił mi smak na ich kolejne krążki, niestety, ale tylko ich debiut jest moim zdaniem warty uwagi. Więc jeżeli macie za coś się wziąć od nich, moim zdaniem właśnie za to.