Folk metal w Polsce wydaje się przechodzić ponowne czasy świetności; w najbliższym czasie dostaliśmy kilka albumów od rodzimych przedstawicieli gatunku. Czy Windmill swoim debiutem dorównuje swoim kolegom z branży? No chyba nie.

Jakiś czas temu postanowiłem, że kategorycznie zaprzestaję podnosić ocenę płyt, tylko dlatego, że mam możliwość jej przesłuchania bezpośrednio od zespołu. Czasy, kiedy do każdej recenzji podchodziło się z fałszywą wręcz sympatią dla mnie się już skończyły i nadszedł moment, żeby przestać być podekscytowanym szczylem, wyhodować sobie przysłowiowe jaja i zachować minimum profesjonalizmu w swoich tekstach.
Przejdźmy zatem…

Dance of Fire and Freedom jest albumem co najwyżej średnim, a częściej jednak słabym, nawet jak na debiut. Jego największą piętą Achillesową jest produkcja; nawet jeżeli zdarzał się jakiś lepszy moment – których nie ma zbyt wiele – w kompozycjach, produkcja tak załatwiła ten album, że w niejednej chwili wszystko brzmi, jakby wszystko zostało nagrane w MIDI.

Wspomniałem o kompozycjach. Odnoszę wrażenie, że muzycy mieli zaledwie kilka minut pomysłów na muzykę, a resztę materiału wypchali mniej lub bardziej przemyślanymi pomysłami. Nie tędy droga, niestety. Chociaż jestem świadomy, że to wcześniej wspomniana produkcja jest efektem tak słabego efektu finalnego. Z folku zrobiło się jakieś niemieckie disco wczesnych lat 2000, jak na przykład K2. Chociaż intra w stylu pseudo-ambientu, które jest na przykład w czwartej piosence Matoha – boli. No a o Iskrach się nie będę wypowiadał, bo o MIDI i produkcji wspominałem. I jeszcze pewnie wspomnę.

Co do tych “pomysłów na muzykę i lepiej przemyślanymi pomysłami”, zaliczam do nich Taniec Ognia i Wolności oraz Północny Wiatr. Są to zdecydowanie najlepsze i moim zdaniem jedyne wartościowe kawałki na albumie. W pierwszym wspomnianym utworze spodobały mi się szybkie tempa, które jako pierwsza piosenka (pomijając intro) na płycie dobrze spełniła swoje zadanie. Północny Wiatr z kolei okazał się świetnym, spokojnym w kontekście całego albumu utworem, który swoim rytmem, finezją i melodią sprawił, że na te pięć minut zapomniałem o poziomie reszty tego debiutu. Wspomnę w tym akapicie również o bonusowych trackach. Biesiady Czas – mimo tej przeklętej produkcji – jest poprawnym utworem, zdecydowanie ocena byłaby wyższa o punkt lub dwa, gdyby pojawiła się jeszcze jedna lub dwie piosenki czysto akustyczne. A Stalowego Władcę szanuję jako hobbystyczny historyk memów i cytat Stachu Jones’a nie może przejść koło mnie obojętnie. Poza tym, podoba mi się rytmika w tym utworze i nawet dziwne sample w połowie mnie jakoś nie bolały.

Ocenić mi tego albumu nie jest trudno, zwłaszcza, że Windmill słuchałem wcześniej na koncertach, a teraz mając okazję posłuchać płyty, stwierdzam, że ani razu mnie nie zachwycili. Muszę jednak przyznać, że podczas słuchania Dance of Fire and Freedom moi faworyci z tej płyty ani razu się nie zmienili; Północny Wiatr i Taniec Ognia i Wolności podobały mi się tak samo podczas pierwszego odsłuchu, jak i mojego ostatniego – ósmego (tak, liczę, ile razy słucham albumu do recenzji, nigdy nie wiadomo, kiedy ta wiedza się przyda). Ale jako całokształt, jestem na nie.

3/10

P.S. Odnośnie drugiego akapitu, w którym wspomniałem, że przestaję się “chędożyć” z podnoszeniem ocen. Nie odnosi się to do wszystkich tekstów, które dotąd tutaj napisałem, o ile mnie pamięć nie myli, tyczy się to dwóch moich wcześniejszych recenzji, które oczywiście przeredaguję w wolnej chwili. Żeby nie było potem że atakuję młode, zdolne i pełne zapału zespoły.